Wojciech Eicheleberger: Poziom lęku, smutku i depresji jest naprawdę alarmujący

Wojciech Szczęsny
Wojciech Szczęsny
Wojciech Eichelberger, psycholog i psychoterapeuta, założyciel Instytutu Psycho-immunologii IPSI
Wojciech Eichelberger, psycholog i psychoterapeuta, założyciel Instytutu Psycho-immunologii IPSI Piotr Smolinski
Udostępnij:
- Paradoksalnie ci, którzy ulegają panice covidowej, są zdecydowanie bardziej narażeni na ciężki przebieg infekcji niż ci, którzy starają się żyć w miarę normalnie i zachowują w tej sytuacji spokój, i rozsądek – mówi Wojciech Eichelberger, psycholog i psychoterapeuta, założyciel Instytutu Psycho-immunologii IPSI.

Dziś, w poniedziałek 17 stycznia, wypada „Blue Monday”, czyli teoretycznie najbardziej depresyjny dzień roku. To termin pseudonaukowy, ale biorąc pod uwagę to co się dzieje w Polsce i na świecie, głównie z powodu pandemii, w tym roku jest chyba całkowicie adekwatny.
Powiedziałbym, że to jest termin pochodzący jeszcze z czasów szczęśliwości, gdy nie mieliśmy większych zmartwień niż to, że w poniedziałek trzeba było jednak iść do pracy. Z perspektywy psychoterapeuty i na podstawie tego, co słyszę od ludzi w gabinecie i poza nim, „Blue Monday” to pikuś w porównaniu z tym co można by określić jako „Blue Future”. Poziom lęku, smutku i depresji jest naprawdę alarmujący. To tym się powinniśmy zająć w naszej rozmowie.

Nasza cierpliwość i wiara w to, że trzeba poczekać jeszcze kilka miesięcy i wszystko będzie tak jak kiedyś już się wyczerpała?
Wiele wskazuje na to, że coraz mniej ludzi wierzy w obietnicę zapanowania ogólnej poszczepiennej szczęśliwości, którą dwa lata temu wieszczyła Światowa Organizacja Zdrowia, powszechnie znany producent oprogramowania komputerowego i szczepionkowo rozentuzjazmowani epidemiolodzy. Z tego, co dzieje się z obiecywaną stadną odpornością w starciu z aktualną mutacją wirusa o wdzięcznej nazwie Omikron wynika, że nadzieja na uzdrowienie świata metodą zaszczepienia całej ludzkości traci oparcie w faktach - a potwierdza wstydliwie ukrywaną prawdę, że działanie nowatorskiej formuły szczepionek nie zostało rzetelnie zbadane w wieloletniej, dynamicznej perspektywie. Nic więc dziwnego, że słabnie wiara zwykłych ludzi w sensowność szczepienia się na Covid, a miejsce nadziei coraz częściej zajmuje rozgoryczenie, rozczarowanie, bezradność i depresja. Dodatkowo sprzyja temu zideologizowanie i upolitycznienie tego, co powinno pozostać wyłącznie sprawą służb ochrony zdrowia, odpolitycznionej administracji i niezależnych mediów. Bo ideologiczny, polityczny i medialny nacisk wokół sprawy tak ważnej jak zdrowie i życie własne i najbliższych sprawia, że informacje choćby tylko ostudzające ten ideologiczno-polityczny zapał, są w ogólnie dostępnym przekazie ignorowane, przeinaczane a nawet świadomie cenzurowane - co zwykłym ludziom utrudnia podejmowanie świadomych i odpowiedzialnych decyzji.

W czasie pandemii pojawiły się jakieś nowe jednostki chorobowe związane z depresją? Bo to, że rozmaite obostrzenia przyczyniły się np. do wzrostu uzależnień, które sprzyjają jej rozwojowi wiadomo już niemal od samego początku.
Uzależnienia się nasilają, bo to jest powszechna metoda objawowego radzenia sobie z lękiem i w dodatku akceptowana społecznie - przynajmniej, jeśli chodzi o alkohol. Tutaj mamy ogromny problem. Ale też inne używki i narkotyki doskonale się sprzedają. O nowych jednostkach chorobowych na szczęście nie słyszałem. Wystarczy, że prawdopodobnie niemal połowa ludzi w Polsce zmaga się z zespołem depresyjno-lękowym. Szczególnie dzieci i młodzież. Z pewnością mamy epidemię depresji diagnozowanej już u ponad 30% dzieci w wieku szkolnym. Podobnie ilość prób samobójczych i samobójstw wśród młodych wzrosła o ponad 20% w trakcie półrocza. Podobnie wyglądają te wskaźniki w populacji dorosłych.

Jakimi dorosłymi staną się dzieci i młodzież, której pandemia zabrała kilka lat normalnego przebywania i dojrzewania w bezpośrednim kontakcie z rówieśnikami?
Ze względu na złożoność sytuacji nie sposób tego przewidzieć, można tylko snuć przypuszczenia. Prawdopodobnie wskutek przedłużającej się izolacji społecznej i zdalnego nauczania, a więc braku bezpośrednich kontaktów z rówieśnikami, będą to pokolenia opóźnione w dojrzewaniu emocjonalnym i społecznym. Kontakty społeczne uczą życia wśród ludzi, współpracy, tworzenia i podtrzymywania związków, zachowania w grupie, orientacji co do pozycji w grupie, urealniania swojej samooceny, kultury komunikacji i wielu innych społecznych i emocjonalnych kompetencji. Proces ich nabywania został teraz poważnie zahamowany. Nadzieja, że media społecznościowe to skompensują, jest bezpodstawna. Nic nie zastąpi nam bezpośredniego kontaktu z ludźmi w całym bogactwie złożonych, społecznych sytuacji.

Czy w Polsce rośnie świadomość tego, że czasami z pewnymi problemami po prostu nie poradzimy sobie sami i musimy zgłosić się po pomoc?
Jest coraz więcej ludzi aktywnie poszukujących pomocy w ich problemach psychicznych. Niestety, dostęp do tego rodzaju pomocy jest bardzo ograniczony. Nie mamy obecnie kłopotu z tym, że ludzie nie szukają pomocy - kłopot polega na tym, że instytucje zajmujące się pomocą psychologiczną i psychiatryczną mają za mały potencjał, by adekwatnie odpowiedzieć na zapotrzebowanie. Ale na szczęście nie wszyscy reagują depresyjnie na pandemiczną i ogólnie krytyczną sytuację świata. Wygląda na to, że spora grupa jest przez to co się dzieje napędzana do robienia generalnych porządków ze sobą i swoim życiem. To też ludzie wrażliwi, ale sprawczy i aktywni, którzy świadomie wybierają z szerokiej oferty rozwojowych warsztatów i seminariów, to co jest im potrzebne i w przyspieszonym tempie z nich korzystają.

Często mówi Pan, że ludzkość od dawna nie chce myśleć o śmierci, mimo że jest to jedyne pewne wydarzenie, które czeka każdego z nas. Czy mechanizm wypierania śmierci z naszej świadomości w czasie pandemii różni się od czasu, gdy mogliśmy czerpać radość z życia bez obecnych ograniczeń?
To ważna sprawa. Można zasadnie przypuszczać, że ci z nas, którzy nie wierzą w zbawczą moc powszechnych, powtarzających się szczepień, albo nie widzą potrzeby podejmowania ryzyka z tym związanego, to ci którzy wierzą w życie pozagrobowe, lub przynajmniej intuicyjnie przeczuwają jakąś inną postać pośmiertnego istnienia - a więc nie boją się śmierci lub mniej się jej boją. Natomiast ci z nas, którzy wierzą w uratowanie siebie i świata dzięki powszechnym szczepieniom i czynią z tego cel tak jednoznacznie szlachetny, że w ich odczuciu uświęca on wszelkie środki - to są ci, którzy nie wierzą w żadną wersję istnienia poza granicą śmierci ciała. Można nawet odnieść wrażenie, że ta część nas zaczyna traktować szczepienie jako rodzaj uświęcającego sakramentu, gwarantującego spełnienie głoszonej przez lekarzy i producentów szczepionek obietnicę krótkoterminowej nieśmiertelności: „Wprawdzie zachorujesz, ale nie umrzesz”. Jeśli tak, to podłożem konfliktu pomiędzy zwolennikami szczepień i niechętnymi szczepieniom jest fundamentalny spór światopoglądowy i chyba o tym czas najwyższy zacząć poważnie rozmawiać. (Ośmielam się pomyśleć, że szczególnie niechętnego zaszczepianiu Podhala i Podkarpacia nie zamieszkuje ciemnogród i foliarze, lecz że mieszka tam statystycznie więcej ludzi mocno wierzących). Ten sam, fundamentalny spór leży u podstaw dyskusji w sprawie powszechnego zakazu przerywania ciąży. Upolitycznienie i zideologizowanie tej dyskusji doprowadziło do praktycznego wprowadzenia powszechnego zakazu przerywania ciąży bez względu na okoliczności. Teraz zaś, przeciwnicy powszechnego zakazu przerywania ciąży, chcą wprowadzić powszechny zakaz bycia niezaszczepionym. Obie strony zarzucają sobie bycie mordercami. Czyż nie czas, żebyśmy się wszyscy opamiętali i zaczęli traktować siebie i innych ludzi z powagą, i szacunkiem pozostawiając im możliwość wyboru w sprawach wiary i sumienia?

W kontekście COVID-u często mówi się używając terminologii wojennej – słyszymy o „ofiarach” zarazy, „czczeniu pamięci zmarłych” na koronowirusa, czy też o „zwycięstwach” nad kolejnymi falami pandemii. Czy to wynik frustracji bezsensownością tych przedwczesnych zgonów i dążenie do nadania im większego sensu?
Oznaczanie wroga, którego uznajemy za winnego wszystkim naszym nieszczęściom i wypowiedzenie mu wojny, jest praktykowanym od niepamiętnych czasów sposobem uwalniania się od ciężaru odpowiedzialności za nasze błędy i zaniechania, a także od niewygodnej i trudnej refleksji nakierowanej na poszukiwanie i zwalczanie prawdziwych przyczyn konfliktów i kryzysów. Łatwiej zmobilizować ludzi do gaszenie pożarów lasów i inwestowania w sprzęt gaśniczy niż do wspierania przemian systemowych koniecznych dla zatrzymania katastrofy klimatycznej. Podobnie wypowiedzenie wojny podstępnie mutującemu wirusowi uwalnia nas od nieprzyjemnych pytań o prawdziwe, głębokie przyczyny katastrofalnego stanu zdrowia ludzkości i będącego tego wynikiem zapaści odpornościowej. Nie musimy już myśleć o tym, że stan powietrza, wód, gleby i żywności oraz szaleństwo nadprodukcji i nadkonsumpcji mają z tym coś wspólnego. Na dodatek w imię zwycięstwa w świętej wojnie zalaliśmy planetę milionami ton środków dezynfekcyjnych i przykryliśmy milionami ton plastiku - a ratowanie naszego zdrowia i życia planety powierzyliśmy środowiskom i ludziom, które za spowodowanie kryzysu ponoszą największą odpowiedzialność. Rzec można, że to złodziej teraz najgłośniej krzyczy „łapać złodzieja” i wiedzie nas na barykady. Myślę też, że tak jak w każdej wojennej psychozie chodzi o to, aby uwagę rozczarowanych i rozgoryczonych mas ludzkich odwrócić od spraw najważniejszych i najtrudniejszych - a także politycznie niewygodnych do społecznego i systemowego reformowania. Mam na myśli kryzys kapitalizmu i ekonomii opartej na długu, kryzys religii, kryzys demokracji, kryzys ekologiczny i klimatyczny – co składa się na groźny kryzys o wymiarze cywilizacyjnym. Wojna z pandemią i „antyszczepionkowcami” służy obecnie wielu ludziom jako zastępczy sens ich życia, mobilizuje ich nadzieję i wiarę w jutro. Pozwala identyfikować się z grupą niezłomnie wierzącą w swoje posłannictwo, uważającą siebie za oświeconą, racjonalną, szlachetną, patriotyczną i progresywną. Można też poczuć krzepiącą pogardę wobec niepodzielających naszych racji i przekonań i bezkarnie poniżać ich obrażać i dehumanizować. To groźny w swoich potencjalnych skutkach proces.

Z tego co powiedział Pan wcześniej wynika, że pod względem psychicznym pandemię znacznie lepiej znoszą osoby, które mniej jej się boją. Nie mówię tu o kwestii szczepień, chodzi raczej o tych, którzy mając do wyboru pracę w biurze lub w ramach home office jednak wychodzą z domu albo w sytuacji odradzanego, ale niezakazanego wyjazdu za granicę np. na wakacje jednak się na to decydują.
To ważna obserwacja, ale przyczyna leży głębiej i została zbadana dość dokładnie: ludzie, którzy żyją w lęku, są bardziej narażeni na dramatyczny albo fatalny przebieg różnych infekcji, ponieważ mają wysoki poziom kortyzolu, czyli hormonu przewlekłego stresu. A kortyzol tak wpływa na wiele parametrów naszej fizjologii, że ułatwia inwazję wirusowi i dzieło demolowania naszego organizmu. Między innymi podnosi poziom cukru we krwi, zwiększa jej krzepliwość, spłyca oddech, podnosi ciśnienie krwi, zaburza procesy regeneracji i obniża barierę immunologiczną. Więc paradoksalnie ci, którzy ulegają panice covidowej, tak bezmyślnie podsycanej przed media, są zdecydowania bardziej narażeni na ciężki przebieg infekcji niż ci, którzy starają się żyć w miarę normalnie i zachowują w tej sytuacji spokój i rozsądek.

Jak świat będzie wyglądał za kilka lat? Zapomnimy o pandemii - zakładając, że ona się wreszcie skończy - czy też będziemy żyć w traumie, że zaraz może przyjść kolejna?
Jak już mówiłem, walka z wirusem przebiega obecnie w imię utopijnej ideologii, dającej nadzieję, że gdy się wszyscy zaszczepimy to „wrócimy do normalności” i będzie tak jak było. To kolejna niebezpieczna utopia, której podtrzymywanie będzie wymagało autorytarnych rządów opartych na kłamstwie i przemocy. Aby zapobiec przyszłym niekończącym się pandemiom, potrzebne jest stanięcie w prawdzie i wdrożenie ogólnoświatowej strategii podniesienia ogólnego stanu zdrowia i odporności ludzi na wysoki, właściwy ludzkiemu organizmowi poziom. A to wymaga oprócz zasadniczych zmian systemowych i kulturowych przede wszystkim paktu o nieagresji z przyrodą - bo to jej stan już teraz decyduje o naszej odporności a tym samym o przetrwaniu naszego gatunku.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Materiał oryginalny: Wojciech Eicheleberger: Poziom lęku, smutku i depresji jest naprawdę alarmujący - Portal i.pl

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Portal i.pl