Tajemnica Eggi van Hardt. Niezwykła polska artystyczna para

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Egga van Hardt, na punkcie jej urody szalał m.in. Bruno Schulz
Egga van Hardt, na punkcie jej urody szalał m.in. Bruno Schulz NAC
Czy piękna malarka, gwiazda artystycznego światka końca lat 30., przyjaciółka Schulza była konceptem artystycznym swego męża? Czy może raczej mąż postanowił przejąć jej tożsamość?

Znany film Tima Burtona „Wielkie oczy” opowiada nam -w niepowtarzalnym burtonowskim stylu oczywiście - prawdziwą historię amerykańskiej malarki Margaret Keane, która zasłynęła jako autorka bardzo charakterystycznych, najczęściej dziecięcych portretów z tytułowymi „wielkimi oczami”. Zasłynęła - ale z wieloletnim opóźnieniem, bo przez jakąś dekadę należną jej sławę i pieniądze zgarniał jej mąż - raczej pozbawiony zdolności artystycznych, za to niewątpliwie obdarzony pewnym talentem marketingowym. Walter Keane - bo to o nim mowa - seryjnie podpisywał się pod obrazami Margaret. Początkowo chodziło tylko o to, by podreperować rodzinny budżet, w patriarchalnej (znacznie bardziej niż myślimy) Ameryce przełomu lat 50. i 60. malarstwa kobiet nie traktowano poważnie, męski podpis automatycznie zwiększał szanse na komercyjny sukces. Tymczasem obrazy Margaret Keane trafiały w dziesiątkę, jeśli chodzi o ówczesną estetykę - choć krytycy sztuki do dziś mają o nich zdanie, delikatnie mówiąc, mieszane. Podpisywane przez sprytnego Waltera rozchodziły się błyskawicznie, osiągając coraz to wyższe ceny. Sam Walter zaś stawał się stopniowo coraz bardziej łasy na sławę i towarzyszące jej profity - rzecz jasna kosztem swej okradzionej z artystycznej tożsamości i podmiotowości żony.

Finał historii był amerykański aż do bólu - jak i obrazy Keane zresztą. Margaret Keane uciekła z dziećmi na Hawaje, gdzie dołączyła do wspólnoty Świadków Jehowy i zapewne „odnalazła szczęście”. Następnie wyznała całą prawdę w wywiadzie radiowym. Mąż - złodziej talentu i sławy - został pognębiony przez media, opinię publiczną i - co najgorsze - przez amerykańską bohemę. Aha, był jeszcze proces - idealny na dramat sądowy - w jego trakcie byli małżonkowie musieli np. namalować obrazy na sali rozpraw. Margaret zrobiła to w czasie poniżej godziny, ale jej mąż ogłosił, że akurat boli go bark, co przesądziło o jego przegranej. Obrazy Keane wciąż wywołują grymasy części krytyków, ale też wciąż osiągają wysokie ceny.

Tę historię poznał cały świat. Ale mało kto wie, że historia równie niezwykła, pod pewnymi względami być może podobna, a z całą pewnością jeszcze bardziej skomplikowana i tajemnicza rozegrała się w połowie XX wieku w polskim świecie artystycznym. Ta historia nie ma i nie będzie miała hollywoodzkiego finału. Na jej końcu jest tylko tajemnica.

Głównymi jej bohaterami byli malarka Egga van Hardt i jej mąż - znany najpierw jako sędzia Jerzy Brodnicki, później zaś jako europejskiej klasy malarz Georges van Hardt

Zacznijmy od Eggi. Według najbardziej knajackiej legendy jej życiorysu, miała urodzić się w 1912 roku we Lwowie, być córką dozorczyni i holenderskiego marynarza, uliczną sprzedawczynią papierosów i analfabetką - lub półanalfabetką. Według nieco innej opowieści miała urodzić się w Poznaniu, w jakiejś drobnomieszczańskiej czy mieszczańskiej rodzinie, a jej ojcem miał być oficer holenderskiej marynarki wojennej. Według wersji ostatniej, miała być Holenderką, która z jakichś sobie tylko znanych powodów wyemigrowała do Polski, by tam zacząć zupełnie nowe życie - konieczność uczenia się zupełnie nowego języka mogłaby tłumaczyć wersję o jej „analfabetyzmie” - którą za pewnik uznał m.in. wybitny popularyzator twórczości Schulza Jerzy Ficowski.

Malować miała zacząć już w latach 20., później zaś miała zgłębiać kolejne dziedziny sztuki - jednak namacalnych na to dowodów raczej brak. W 1937 roku Egga związała się w każdym razie z poznańskim sędzią - wspomnianym już Jerzym Brodnickim. Na pierwszy rzut oka trudno było uznać ich za dobraną parę. Brodnicki obracał się w świecie zamożnego poznańskiego mieszczaństwa, Egga w kręgach artystycznej cyganerii. On był poważnym prawnikiem, ona malarką. On pochodził z poważanej rodziny, kwestia jej korzeni była zaś co najmniej zagmatwana, Brodnicki należał do rozmaitych organizacji społecznych, w tym do sanacyjnej korporacji Primislavi szczycącej się dewizą „Życie Ojczyźnie - honor nikomu” i śniącej o Wielkiej Polsce Mocarstwowej, Egga miała raczej tego typu sprawy w głębokim poważaniu. Jednym słowem, na pierwszy rzut oka było to małżeństwo idealnego filistra z gwiazdą bohemy. Mezalians dla obu stron.

Egga zabłysnęła pod koniec lat 30. jako artystka o bardzo osobnym, wyrazistym stylu, wykorzystująca bardzo różne techniki - od klasycznego malarstwa i grafiki po papierowe wycinanki, rzeźby majolikowe i terakotowe, drzeworyty. Była abstrakcjonistką, ale sporo czerpała z folkloru, etno, także z plastycznej wyobraźni Dalekiego Wschodu.
Pojawiła się w świecie polskiej sztuki zupełnie znikąd - spoza świata artystycznych uczelni czy prywatnych lekcji u profesorów malarstwa. Za to bardzo szybko odniosła sukces. Choć krytycy nieco krzywili się na jej etniczno-orientalne inspiracje, dzieła van Hardt podobały się publiczności. Pod wieloma względami zresztą wyprzedzały swoje czasy.

Tuż po wejściu do artystycznej gry Egga zaprzyjaźnia się z elitą polskiej awangardy. Jest bardzo atrakcyjną kobietą o niezwykłej, nieco chłopięcej urodzie. Zafascynowany, także erotycznie, jest nią Witold Gombrowicz. Zupełnie niezwykła jednak staje się jej relacja z Brunonem Schulzem (swoją drogą to właśnie on przedstawił Eggę Gombrowiczowi) - w którego życiu Egga odgrywa potrójną rolę - artystycznej współpracownicy, muzy i trochę też femme fatale.

Ich znajomość trwa nie więcej niż półtora roku. Poznają się mniej więcej w 1937 roku, Egga jeździ do Schulza do Drohobycza, Schulz do Poznania, do Eggi. Rozmawiają całymi godzinami, są sobą wzajemnie zafascynowani. To raczej nie jest romans, ale Schulz, przy całej swej skomplikowanej seksualności, z całą pewnością jest zainteresowany artystką.

Dla Eggi to bardzo ważny moment w życiu. Właśnie odbywa się jej wystawa (150 obrazów i wycinanek) w salonie Garlińskiego, będąca przepustką na europejskie czerwone dywany epoki. Chwilę później Egga wystawia obrazy w Krakowie, Katowicach, następnie w Monachium i Paryżu.

Tuż po wystawie u Garlińskiego Schulz publikuje w „Tygodniku Il

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na i.pl Portal i.pl