Sopot. Miasto w sepii, które przetrwało
„Sopot” w języku Prasłowian oznaczał „bagnisko”, „szumiący potok”, „źródło”, miejsce „grząskie” i „wilgotne”… I rzeczywiście na początku był tu potok. A nawet wiele potoków. Były nadmorskie lasy i piaszczyste wydmy, pachniało żywicą i rybami. Od Bałtyku wiał wiatr: słony i ostry. A pomiędzy wydmami kaszubscy rybacy mieli swoje chaty, między którymi wisiały połatane sieci…
CZYTAJ TEŻ:
Wydawnictwo "Sopot na starej widokówce". Gdy molo nie miało stu metrów
Ale później potoki zostały wpuszczone w rury, mokradła zaś zabetonowano. Na miejscu rybackiej wsi zaczęto stawiać luksusowe hotele, kasyna, ogromne wille i kamienice... Zamieszkali w nich Niemcy, Polacy i Żydzi. Kaszubi nadal łowili ryby i słuchali szumu bałtyckich fal…
Sopot leży w niewielkiej morenowej kotlinie. Pośród zalesionych wzgórz. Jakby stworzony do spacerów, kąpieli i wypoczynku. Pośrodku promenada, secesyjne domy, białe plaże, zielone morze i wbity w nie półkilometrowy, drewnianym pomost zwany molem…
Niegdyś kameralny, wyciszony, pozbawiony tego codziennego zgiełku, stawał się z czasem ludycznym pseudo-kurortem. Miejscem, w którym coraz mniej staroświeckiej poetyki i coraz więcej betonu, szkła i taniego blichtru. Nastrój dwudziestolecia międzywojennego, czy nawet tej swoistej apatii epoki fin de siècle, jeszcze gdzieniegdzie się tli, ale, jak twierdzą najstarsi sopocianie, to już nie to…
Teraz Sopot jest inny. Jego główną arterią – ulicą Bohaterów Monte Cassino - płyną dziesiątki tysięcy turystów, wielbicieli nocnego życia, dyskotek i taniej rozrywki. Nie ma już statecznych kuracjuszy odwiedzających różane ogrody, Operę Leśną, eklektyczne wille wzdłuż morza i leśne ścieżki w drodze na Łysą Górę…
