Teraz zagrożenie jest jeszcze większe, bo pojutrze powinny zacząć się egzaminy gimnazjalne, a w przyszłym tygodniu sprawdzian na zakończenie podstawówki będą pisać ośmioklasiści.
Uczniowie i ich rodzice nie mają gwarancji, że te egzaminy się odbędą. A jeśli jakoś uda się skompletować komisje do pilnowania uczniów, to nie wiadomo, kto i jak sprawdzi potem prace, od których zależy przyszłość edukacyjna dzieci.
Politycy, socjolodzy i dziennikarze zastanawiają się, kto wygra ten spór. Jedni twierdzą, że nauczyciele szybko zrezygnują z protestu, bo zobaczą, że nie tylko nie mają szans na żądane podwyżki, ale też tracą to, co mają teraz, bo za strajk wypłaty nie dostaną.
Drudzy uważają, że po tym, jak prezes PiS znalazł pieniądze na krowy i świnie, a nie dał ani złotówki więcej nauczycielom, ci będą strajkować do oporu, bo jeśli teraz ustąpią, to nadal będą traktowani przez władzę z lekceważeniem.
Prawda jest taka, że w tym sporze nie ma wygranych. Najbardziej przegrani są uczniowie zdający teraz egzaminy, bo straconych nerwów nic im nie przywróci, nawet jeśli egzaminy się odbędą. Przegrani są też nauczyciele, bo nawet jeśli wywalczą sobie podwyżki, to rząd zrobił już wiele, by część społeczeństwa uznała, że im się to należy dopiero wtedy, gdy będą mieli więcej lekcji.
Przegrało całe społeczeństwo, bo z kryzysu w oświacie (nie da się ukryć - wywołanego przez obecny rząd i minister edukacji Annę Zalewską) wychodzi się o wiele trudniej i dłużej niż ze spowolnienia gospodarczego. A trwający właśnie strajk doprowadzi do jeszcze większych podziałów.
I co ważne - politykom to bardzo pasuje.
POLECAMY - KONIECZNIE SPRAWDŹ:
