WISŁA KRAKÓW. Najbogatszy serwis w Polsce o piłkarskiej drużynie "Białej Gwiazdy"
- Z naszej perspektywy nie zrealizowaliśmy niczego, co sobie założyliśmy przed meczem. Dlatego ten mecz w ten sposób wyglądał - jasno powiedział po końcowym gwizdku trener „Białej Gwiazdy” Radosław Sobolewski. Trudno się z nim nie zgodzić. Wisła w niczym nie przypominała drużyny w wcześniejszych meczów. Zupełnie nie dostosowała się to kapitalnej atmosfery piłkarskiego święta, jaka panowała na trybunach. Grała za wolno, schematycznie i zupełnie nie radziła z agresywnym przeciwnikiem, który podwajał, potrajał krycie i co najważniejsze, potrafił wybić krakowianom wszystkie argumenty z rąk.
Ci ostatni mieli też trochę pecha. Bo Ruch prowadzenie objął w dość newralgicznym momencie meczu. Kontuzji nabawił się Alex Mula. Musiał zejść z boiska, a zastąpił go na nim Wiktor Szywacz. I zanim młodzieżowiec „Białej Gwiazdy” w ogóle wszedł w ten mecz, złapał głębszy oddech, musiał się ścigać na skrzydle z Tomaszem Wójtowiczem. Pojedynek przegrał, piłkarz Ruchu dośrodkował, a całość kapitalnym wolejem wykończył Michał Feliks. O tym, że wcale ta akcja nie musiała tak wyglądać, przekonaliśmy się niewiele później gdy to Szywacz uciekł Wójtowiczowi. Ten musiał faulować i dostał żółtą kartkę. No, ale w futbolu często tak bywa, że decydują takie drobne z pozoru sprawy.
Wisła w tym meczu miała częściej piłkę, ale i tak odnosiło się wrażenie, że to Ruch dominuje. Bo chorzowian wszędzie było pełno. Jarosław Skrobacz bardzo dobrze odrobił zadanie. Ustawił zespół na czterech obrońców, choć przeważnie „Niebiescy” grają na trzech. To przyniosło efekt, bo krakowianie nie byli nawet w stanie rozbujać się na skrzydłach. Oczywiście nie tyle ustawienie Ruchu było aż takim problemem, co gra wiślaków. W tym roku podopieczni Radosława Sobolewskiego grali już przecież z zespołami tak ustawionymi jak Ruch i spokojnie sobie z nimi radzili. Tym razem jednak nie dali rady, bo rywal naprawdę wykonał swój plan perfekcyjnie.
Czy były momenty, gdy Wisła mogła odmienić losy tego meczu? Od biedy można wspomnieć o kontrowersji z pierwszej połowy, gdy Remigiusz Szywacz zrobił tzw. stempel na stopie Angela Rodado w polu karnym. To wyglądało na faul, sędzia powinien przynajmniej to sprawdzić. Bartosz Frankowski wysoko zawiesił jednak poprzeczkę w sobotę jeśli chodzi o twardą grę. Momentami można było odnieść wrażenie, że nieco za wysoko. To jednak nie arbiter przegrał mecz Wiśle. Tak nie można stawiać sprawy, bo byłoby to znaczące nadużycie. Wisła przegrała go sama, bo była po prostu słaba. Nie dała rady w drugiej połowie nawet porządnie przycisnąć rywala, a drugi gol, po akcji, która zaczęła się od banalnej straty w środku pola, praktycznie zamknął sprawę. Łukasz Moneta wpadł w pole karne i huknął w dalszy róg, ustalając wynik spotkania.
Gorsze od porażki są wieści zdrowotne po tym meczu. Z kontuzjami grę zakończyli wspomniany Alex Mula, ale też David Junca. Ich ewentualna strata w kolejnych meczach to byłoby poważne osłabienie.
A co do sytuacji w tabeli, to oczywiście po tym meczu pogorszyła się ona dla Wisły, ale wypada się zgodzić ze słowami prezesa Jarosława Królewskiego, który w mediach społecznościowych napisał w sobotni wieczór m.in.: Wygrana zwiększyłaby szanse na sukces, ale nie gwarantowałaby niczego. Porażka oddala nas od sukcesu, ale również nie zaprzepaszcza niczego.
- Kraków piłką podzielony. Które osiedla i dzielnice są za Cracovią, a które za Wisłą?
- Lista przebojów Wisły Kraków! TOP 20 przyśpiewek na finał Pucharu Polski
- Tak na Podhalu mieszka nasz wybitny skoczek narciarski
- Hiszpańska ofensywa w Wiśle! Piłkarze "Białej Gwiazdy" na prywatnych zdjęciach
- Strzelcy bramek dla Cracovii
- Tajemnice obiektów Wisły Kraków. Zaglądamy we wszystkie zakamarki
