Zakochany w Lubuskiem. Był przewidującym do czego może służyć pobłażanie ludziom bez zasad

Robert Bagiński
Powiedzieć, że w kwestii zasad i etyki profesor Jan Majchrowski jest bezkompromisowy, to nic nie powiedzieć. Był jednym z najmłodszych wojewodów w Polsce, ale nie zgodził się na to, aby być również najmłodszym sędzią w stanie spoczynku. – To byłoby niemoralne i niezgodne z moimi zasadami – mówi wprost. Dzisiaj jest dla wielu głosem sumienia, a także rodzajem lustra, które najchętniej by zbili, albo wynieśli na strych.

Wśród gości domu profesora Jana Majchrowskiego pewnie budzi to niemałe zdziwienie. Warszawiak z krwi i kości, a jednak stylowy salon, jak też prywatny gabinet, zdobią przede wszystkim pamiątki z Lubuskiego. Pastele z Lubniewic i Gorzowa, szara grafika z Rogów, malowany kredką obraz Żar i liczne fotografie Wschowy, której gospodarz jest honorowym obywatelem. Podobnie zresztą jak profesor Bronisław Geremek, z którym Majchrowskiemu nigdy po drodze nie było, ale obaj starali się o to, aby na na mapie nowych powiatów, nie zabrakło tego wschowskiego.

Nie ma w Lubuskiem takiego polityka, którego dom byłby ozdobiony tak liczną ilością pamiątek z tego regionu.

- Bo mi to województwo bardzo się podoba, mam z niego wiele dobrych wspomnień i do dziś utrzymuję wiele znajomości - mówi pierwszy wojewoda lubuski, po czym wskazuje palcem na proporzec, który otrzymał od Lubuskiego Stowarzyszenia Sołtysów.

- Ten człowiek zakochał się w Lubuskiem na amen, nasz region skradł mu serce i tak jest do dzisiaj - mówi była minister, a dzisiaj europoseł z PiS Elżbieta Rafalska. - Z perspektywy lat widać to jeszcze bardziej, a i jego miłość do lubuskiego wydaje się jeszcze intensywniejsza - dodaje polityk, która obok młodego wojewody z Warszawy nabierała pierwszych szlifów urzędniczych.

Nie inaczej Helena Hatka. Była dyrektorem generalnym Lubuskiego Urzędu Wojewódzkiego w okresie, gdy Jan Majchrowski zostal wojewodą.

- To było trochę dziwne, ale jemu zależało na tym województwie bardziej niż wielu tutejszym politykom - mówi Hatka, która w okresie 2007-2011 również pełniła funkcje wojewody.
- Ooo, a to moje szable, choć walczę tylko słowem - wskazuje na jedną ze ścian swojego gabinetu na którym wiszą zabytkowe szable i floret. Dzisiaj Jan Majchrowski walczy głównie o prawdę oraz przyzwoitość w życiu publicznym, i to akurat nie zmieniło się od dekad.
- W kwestii zasad on jest bardzo pryncypialny - mówi Rafalska.
- Też byłam z zewnątrz, spoza tego regionu, ale jak się pojawił to na jedno zwróciłam uwagę: on zawsze nawiązywał do wartości - dodaje Hatka, która do Lubuskiego przyjechała z Dolnego Śląska, jako pełnomocnik ds. tworzenia Lubuskiej Regionalnej Kasy Chorych.

Cały czas się waham

Wartości, zasady, etyka i moralność, przewijają się niemal w każdym wywiadzie Majchrowskiego. Klucz do zrozumienia tego, leży w jego rodzinnym domu. Ojciec, Stefan Majchrowski, był rotmistrzem Wojska Polskiego, ale również tłumaczem literatury z kilku języków, publicystą oraz pisarzem. Zdobył solidne wykształcenie w przedwojennych akademiach wojskowych. Walczył w kampanii wrześniowej 1939 roku, skąd trafił do niemieckiej niewoli.

- To był człowiek nie tylko mądry i prawy, ale przede wszystkim niezależny - wspomina profesor, który podkreśla, że dla niego osobiście, nie bez znaczenia była różnica wieku: ojciec Stefan Majchrowski urodził się w 1908 roku, a Jan Majchrowski w 1964 r. W rezultacie, rodzinny dom przepełniony był światem przedwojennym, którego na zewnątrz już nie było. - Wartości i wyobrażenia z tamtego przedwojennego świata od początku kształtowały moją świadomość - podkreśla.

Ojciec znał świat od podszewski. Był w niemieckiej niewoli w bawarskim Murnau, a po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów, służył w Korpusie Polskim we Włoszech i w Szkocji, gdzie kontynuował kształcenie wojskowe. Również profesor Jan Majchrowski kształcił się nie tylko w Polsce, tu na Uniwersytecie Warszawskim, ale również na Uniwersytecie w Grenoble, uniwersytecie La Sapienza w Rzymie i w Akademii Administracji Publicznej w Wiedniu.

Z takim życiorysem, antykomunistyczna działalność Majchrowskiego była oczywista. Roznoszenie w stanie wojennym ulotek oraz malowanie napisów na murach w centrum w Warszawy, to naturalne początki aktywności publicznej dla kogoś, kogo ukształtowały postawy i poglądy przedwojennego oficera Wojska Polskiego. Na studiach należał do Stowarzyszenia Akademickiej Młodzieży Katolickiej, której został nawet sekretarzem zarządu głównego, a w 1990 roku zapisał się do Chrześcijańsko-Demokratycznego Stronnictwa Pracy.

- W pewnym momencie z całą naszą warszawską strukturą wstąpiliśmy do organizowanego przez Jarosława Kaczyńskiego Porozumienia Centrum - wspomina. Był młody, jeszcze studiował, ale w ówczesnym PC powierzono mu działkę związaną ze sprawami zagranicznymi. - To nie trwało długo, ponieważ chciałem się skoncentrować na studiach i wymarzonym doktoracie - wyjaśnia.

Czy wybór drogi naukowej był oczywisty i naturalny? - Nie, ja zawsze się zastanawiałem, co chcę robić i chyba mam tak do dzisiaj - stwierdza. Opowiada anegdotę z udziałem swojego byłego szwagra, znanego aktora Tadeusza Łomnickiego. Rzecz działa się po tym, jak młody Jan Majchrowski wystąpił w 1990 roku w telewizji. Działo się to w samym centrum pierwszej kampanii samorządowej.

- Jasiu, bardzo dobre wystąpienie - miał powiedzieć Łomnicki i pogratulować talentu. Potem było już proroczo. - Jak będziesz chciał zostać aktorem dramatycznym, to zostań wykładowcą na uniwersytecie. A jak będziesz chciał być aktorem komediowym, to idź do polityki - powiedział.

Zanim na dobre rozkręcił się jako „aktor dramatyczny”, po wygranych przez Akcję Wyborczą Solidarność wyborach w 1997 roku, znalzał się na „scenie komediowej”.

Lubuskie. A gdzie to?

W tym samym roku obronił doktorat, który dotyczył m.in. prawa wyborczego. Dostrzegł go ówczesny wiceminister spraw wewnętrznych i administracji, a później prezes Trybunału Konstytucyjnego Jerzy Stępień. W Polsce przygotowywano właśnie reformę administracyjną, a dr Majchrowskiemu przydzelono niebagatelne zadanie - wraz z zespołem miał przygotować podział kraju na okręgi wyborcze oraz stworzyć ordynację wyborczą.

Gdy wszystko zostało zasadniczo przygotowane, ówczesny wicepremier i szef MSWiA Janusz Tomaszewski poprosił go o udział w negocjacjach politycznych.

- Tam zwróciłem na siebie uwagę, gdy nieco bezczelnym fortelem wyprowadziłem w pole Leszka Balcerowicza i jego kompanów w sprawie uzgadniania podziału kraju na okręgi w wyborach do powiatów i sejmików - wspomina. Jednym z rezultatów tego doradztwa było to, że w małych okręgach Unia Wolności dostała w skórę, a AWS święcił raczej sukcesy. - Zagrałem va banque i mogłem spodziewać się szybkiego zakończenia kariery, jako doradcy - puentuje.

Stało się jednak inaczej. Nikogo nie dziwiło, że bystry naukowiec z zacięciem do politycznej gry, szybko wjechał na tory wielkiej polityki. Najpierw został wiceministrem w MSWiA, a chwilę potem Delegatem Rządu ds. Reformy Ustrojowej w Województwie Lubuskim. Tak opowiada o reakcji, gdy usłyszał decyzję o tej nominacji.

- Nawet się ucieszyłem, i odpowiedziałem, że mi to bardzo pasuje, ponieważ na KUL-u mam wykłady - opowiada. Jego rozmówca, szef kadr w ministerstwie Jerzy Dziuban, szybko wyprowadził go z błędu. - Chodzi o Lubuskie, a nie Lubelskie - miał doprecyzować kadrowiec, a następnie zapytać, czy Majchrowski kiedykolwiek tam był. Nie był nigdy.

Polityczna hossa trwała w najlepsze. Wskutek klinczu wewnątrz lubuskiej AWS, powstał poważny konflikt o obsadę pierwszego wojewody lubuskiego. Po miesiącach wyniszczającej wojny pomiędzy politykami Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, które w Lubuskiem reprezentowane było wtedy przez późniejszego premiera Kazimierza Marcinkiewicza, a resztą uczestników AWS, a także koalicjantem z Unii Wolności, tu również z poważnym przedstawicielem w osobie szefa klubu parlamentarnego Jerzego Wierchowicza, decyzja została podjęta 2 marca 1999 roku.

- Trudno zapomnieć osobowość Jana Majchrowskiego i dlatego też zdecydowałem się powołać go na stanowisko wojewody - mówi dziś ówczesny wicepremier Janusz Tomaszewski. - Lubuskie było w tamtym okresie bardzo gorącym regionem z ogromną ilością konfliktów i dziwnych powiązań, dlatego zdecydowałem, że najbardziej odpowiednią osobą będzie ktoś z zewnątrz - dodaje potężny niegdyś polityk AWS, który - jak wielu innych rozmówców, zwraca uwagę na jedną cechę: - On zawsze nawiązywał do zasad, choć trudno odmówić mu pomysłowości i skuteczności.

Nominacja Majchrowskiego nie była obiecująca dla nikogo. Niektórzy czuli się nią wręcz urażeni.

- To bardzo niedobra decyzja dla Ziemi Lubuskiej, a także dla AWS. Jest to też element wypychania ZChN z Akcji - komentował na łamach GL Kazimierz Marcinkiewicz, który próbował sugerować, że nowy wojewoda, to efekt zabiegów polityków z Zielonej Góry. - Gratuluję zielonogórskim posłom, bo to oni go wybrali - nie krył rozgoryczenia.

Wojewoda Majchrowski

Tym samym Jan Majchrowski rozpoczął podróż ku krainie już znanej, ale w nowej roli. Uczestników i obserwatorów lubuskiego życia publicznego rzucał na kolana nie tylko poziomem intelektualnym, ale również odpornością na podlizywanie się. Lokalne elity nie przyjęły go z radoscią, nawet jeśli składane były deklaracje współpracy.

- Zobaczyłem, że jest w tym województwie wiele dziwnych spraw i postanowiłem je rozwiązać. Politycy szybko zorientowali się, że nie będę ich marionetką podpisującą „kwity”, na przykład związane z mieniem Skarbu Państwa - wspomina swoje pierwsze dni w roli wojewody.

- Ta nieufność w stosunku do nowego wojewody nie wynikała z tego, że był spoza regionu, ani nawet z kwestii politycznych. Chodziło o ochronę partykularnych interesów niektórych osób - mówi Mariusz Patey, wtedy doradca w gabinecie wojewody. - Już wtedy względy ideologiczne były dla niektórych mniej istotne, niż osobiste korzyści. Ważniejsze były wspólne interesy i powiązania towarzyskie - dodaje.

Pierwszy marszałek województwa lubuskiego Andrzej Bocheński, widzi role Majchrowskiego całkiem inaczej.

- Merytorycznie był bez zarzutu, ale bardzo uwierał mi ten jego styl bycia. Nosił się na zasadzie: „Ja Państwo”, a więc cos w stylu, że on reprezentuje siłę państwa, a wy tu jesteście jakimś niewielkim samorządem - podkreśla ówczesny polityk SLD. - On tu przyjechał z takim politycznycm nastawieniem, że jest prawicowy i przyjeżdża do regionu, gdzie rządzą „czerwoni” - wspomina.

Rzecz w tym, że dużo pracy miał nie tylko z „czerwonymi”, ale również swoimi. To wtedy światło dzienne ujrzała afera związana z próbą niezgodnego z prawem przejęcia przez prywatny podmiot mienia parku krajobrazowego, na którego bazie miał powstać Park Narodowy „Ujście Warty”. Sprawa dotyczyła wyprowadzenia pieniędzy z lubuskiego Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Kiedy szefem rady nadzorczej tej instytucji był Mirosław Marcinkiewicz, jednocześnie dyrektor generalny Lubuskiego Urzędu Wojewódzkiego, przekazała ona Regionalnemu Stowarzyszeniu na rzecz Zrównoważonego Rozwoju w Gorzowie Wielkopolskim (związanemu z ZChN, a więc macierzystą partią Marcinkiewicza) majątek wart ponad 942 tys. zł. Jak się później okazało, funduszem i stowarzyszeniem zarządzali ci sami ludzie.

- Udało mi się to zablokować i ogromna w tym rola śp. Ryszarda Popiela, który alarmował w sprawie próby rozkradania państwowego majątku - mówi Majchrowski.

Podobnych sytuacji było więcej i za każdym razem wojewoda stawał po właściwej stronie. Według niego, podjęcie się pełnienia funkcji publicznej, to zawsze rodzaj umowy ze społeczeństwem. Już z perspektywy czasu sprawy postrzega tak samo, jak ćwierć wieku temu. - Dla mnie układanie się z politykami byłoby zdradą ludzi - konstatuje. Mirosław Marcinkiewicz został odwołany z funkcji dyrektora generalnego, a zasadność zarzutów pod jego adresem potwierdziła kontrola z Kancelarii Premiera. Dzisiaj jest wiceprzewodniczącym sejmiku z ramienia Platformy Obywatelskiej.

- Był wojewodą, który wprowadzał ważne i trudne reformy. Doceniam to po latach, również to, że dał mi ogromny kredyt zaufania, chociaż moje środowisko polityczne też go krytykowało - mówi europoseł Elżbieta Rafalska, wtedy dyrektor wydziału spraw społecznych w LUW. Na takie zaufanie nie mógł liczyć wywodzący się z Unii Wolności wicewojewoda Marcin Jabłoński, który dziś jest wicemarszałkiem województwa.

- Kiedy wojewoda wyjechał do Francji, za zgodą wicepremiera udzielił mi wszystkich pełnomocnictw wojewody, pomijając przy tym wicewojewodów. To była sytuacja niecodzienna - wspomina Helena Hatka, dziś radna sejmiku z PiS, a w tamtym czasie dyrektor generalny urzędu.

Z poprzedniczką Platformy Obywatelskiej, a więc Unią Wolności, Majchrowskiemu nigdy nie było po drodze. Jeszcze jako delegat rządu w Lubuskiem, zapobiegł eskalacji protestów na przejściu granicznym w Świecku, a może nawet rozlewowi krwi. Swoje protesty organizowali tam rolnicy z „Samoobrony” pod wodzą Andrzeja Leppera.

- Postanowiłem z nimi rozmawiać, bo siła argumentów jest zawsze lepsza, niż argumenty siły - opowiada. Inaczej widział to wtedy lubuski poseł i szef klubu parlamentarnego UW Jerzy Wierchowicz. - Przy rozbrajaniu blokady „Samoobrony” na Świecku trzeba było działać zdecydowanie. Nie wolno się wahać - argumentował w mediach. Zdecydowanie, zdaniem Wierchowicza miało polegać bezwzglednym użyciu siły wobec protestujących. - Świecko zostało odblokowane bez użycia siły - nie kryje po latach satysfakcji Jan Majchrowski.

Wojewoda miał kota

Sam o sobie mówi tak: - Kocham zwierzęta, te małe i duże. Po czym uśmiecha się i wskazuje na biegającą po gabinecie kotkę. A jednak, jedną ze „zbrodni” młodego wojewody z Warszawy była miłość do zwierząt. To co dzisiaj jest atutem i dowodem dużej wrażliwości, wtedy zostało użyte przeciwko Majchrowskiemu.

- On uwielbiał koty i słyszałem, że tak jest do dzisiaj, ale media niesprawiedliwie zaatakowały go za tego jednego - mówi GL Krzysztof Bąk, wtedy początkujący dziennikarz katolickiego Radia Gorzów. Wojewoda Majchrowski najpierw przygarnął bezdomnego i zdychającego kota, a po doprowadzeniu go do zdrowia, postanowił znaleźć dla niego opiekę. - Na kilku piętrach wywiesił odręcznie napisane ogłoszenia „Oddam kota w dobre ręce. Informacja w biurze wojewody” - opowiada Bąk. Dziennikarze mieli używanie, atakując wojewodę, że zajmuje się głupotami, zamiast służyć mieszkańcom.

- To był odruch. Ja po prostu bardzo lubię zwierzęta. Teraz też mam w domu przygarniętą kotkę, która była wcześniej w opłakanym stanie - wspomina były wojewoda, który nie kryje radości, że stosunek do zwierząt, także w przestrzeni publicznej, mocno się zmienił. - Ja małe kociaki znów z sukcesem „rozprowadzałem” nie tak dawno wśród znajomych i kolegów. Dwa trafiły aż do Francji. Jakoś nikt teraz nie robił z tego afery - dodaje.

Na co dzień, miał jednak do czynienia w Lubuskiem z drapieżnikami innej kategori. Lokalni politycy nie dawali za wygraną, szczególnie Kazimierz Marcinkiewicz (dostał wtedy nominację na szefa gabinetu politycznego premiera Jerzego Buzka) oraz Jerzy Wierchowicz, dążąc do zmiany wojewody na kogoś z regionu.

Okazja nadarzyła się w 2002 roku. Wojewoda Majchrowski sprzeciwiał się mało transparentnej prywatyzacji gorzowskiego PKS-u, za którą lobbowały środowiska zblizone do Unii Wolności. Postulowano, aby w trybie bezprzetagowym przejąć przedsiebiorstwo, korzystając z przepisów stworzonych dla spółek pracowniczych. Rzecz w tym, że PKS był spółką pracowniczą tylko z nazwy: 66 proc. udziałów w niej posiadała kadra zarządzająca i powiązane z nią osoby. - Prywatyzacja powinna się odbywać z poszanowaniem interesów Skarbu Państwa. W przypadku gorzowskiego PKS-u interesy grup interesariuszy brały górę nad interesem publicznym - uważa ówczesny doradca wojewody Mariusz Patey.

Do uderzenia w Majchrowskiego wykorzystano fakt, że do zabezpieczenia straju podpuszczonych przez polityków pracowników, zaangażowani zostali funkcjonariusze Policji. - Gdybym wtedy zareagował bardziej stanowczo i z powodów czysto humanitarnych nie cofnął się przed interwencją policjantów, to pewnie bym wygrał. Inna sprawa, w jaki sposób Policja by te polecenia wykonała - ocenia po latach ekswojewoda. Sprawa stała się niestety ogólnopolska, Majchrowski za tą siłową demonstrację został zdymisjonowany, a proces prywatyzacji dokończył wicewojewoda Marcin Jabłoński z UW. Jak wygląda dziś gorzowski PKS i kto miał rację, wszyscy wiedzą. Czy po latach ma satysfakcję? - Oczywiście, że mam i oczywiście jest ona gorzka - konkluduje.

Odchodził z poczuciem dobrze wykonanego zadania oraz świadomością, że do końca był wierny swoim zasadom. O tym, że dla lubuskich elit politycznych był solą w oku, bez względu na ich polityczną proweniencję, świadczy opinia ówczesnego barona SLD, późniejszego wiceministra spraw wewnętrznych i administracji Andrzeja Brachmańskiego, który z perspektywy dwudziestu lat powiedział nam wprost: - Z punktu widzenia nowo powstającego województwa, ten człowiek był szkodnikiem, a nie osobą godną pochawły - stwierdził.

- Znowu Jasia prawica odgrzewa. To kolejny raz...pewnie ma kandydowac do parlamentu.Dla mnie Jan Majchrowski i jego aktywność przypomina ...tę ukraińską rakietę z Przewodowa... wzniosła się wysoko, nikt nie wie skad przyleciała ale wiadomo kto wyprodukował, uderzyłą i narobiła szkód , zostawiła po sobie lej który trzeba zasypać... i tyle - to już Tadeusz Jędrzejczak, były prezydent Gorzowa (SLD), dziś członek Zarządu Województwa.

Uniwersytet Warszawski

Po dymisji przebywał jeszcze przez jakiś czas w Lubuskiem, ale ostatecznie postanowił wrócić do Warszawy. Bez trudu można potwierdzić tezę, że bycie wojewodą miało duży wpływ na jego późniejszą pracę naukową. Wśród wielu napisanych przez niego książek, są dwie pozycje, które zasługują na szczególną uwagę. Pierwsza z nich, to „Wojewoda w dawnej Polsce”, gdzie profesor Jan Majchrowski prezentuje urząd wojewody w perspektywie historycznej. W drugiej ze swoich publikacj pt. „Ewolucja funkcji wojewody jako przedstawiciela rządu”, również odnosi się do przykładów historycznych, ale nie barkuje w niej wielu odniesień i przykładów „z życia wziętych”, gdy sam pełnił urząd przedstawiciela rządu w terenie.

Nie ma i nie miał łatwo na swoim rodzimym Uniwersytecie Warszawskim. Choć oceny studentów były przez wiele lat najlepsze, plasując go pod tym względem w ścisłej czołówce wykładowców, nie był rozpieszczany przez kolegów po fachu. On sam dziwi się metamorfozie jakiej poddane zostały uniwersytety, gdzie króluje polityczna poprawność.

- Zawsze myślałem, że uniwersytet to miejsce, w którym powinni pracować ludzie niezależni, którzy dokonują własnych wyborów życiowych, politycznych oraz ideologicznych - podkreśla z powagą zastrzeżoną dla chwil, kiedy wygłasza się poważne deklaracje.
Autorytety mediów liberalnych, zwalczają Majchrowskiego z powodu jego konserwatywnych poglądów, których jednak nie eksponuje i nie prezentuje na uczelni. Płaci jednak cenę za sam fakt prezentowania ich poza Uniwersytetem Warszawskim. “Kanalia Jan Majchrowski musi odejść z UW. Mam doświadczenie z lepszymi od niego” - napisał na Twitterze prof. Wojciech Sadurski.

Wszystko dlatego, że Majchrowski wystąpił przeciw próbom lewackiego ideologizowania Uniwersytetu Warszawskiego.
Stanowczo sprzeciwił się, aby na jego sali wykładowej prezentowane były symbole „Strajku Kobiet”, ale też jakiekolwiek inne. - W innych warunkach ci tzw. liberałowie, pialiby z zachwytu na mój temat, że chcę zachować na zajęciach neutralność polityczną oraz ideologiczną wśród studentów, i nie zgadzam się na manifestacje jednych przeciw drugim - wyjaśnia.

- Obrywaliśmy z Janem bardzo mocno na Uniwersytecie Warszawskim. Politycznie jesteśmy z innych światów, ale na tym polega nauka i umiłowanie prawdy, aby ludzie się różnili - mówi GL dr Tomasz Kozłowski, dzisiaj wykładowca niezależny, ale w przeszłości współpracujący z Majchrowskim na Wydziale Prawa i Administracji UW. - Tam niestety wszystko poszło w stronę ideologizacji i upraszczania świata, gdzie najłatwiej przychodzi niektórym przypinanie różnorakich łatek - opisuje świat UW dr Kozłowski.

W Sądzie Najwyższym

Salon wył donośnie w jego sprawie wielokrotnie. Dało się go usłyszeć w 2016 roku, gdy ówczesny marszałek Sejmu Marek Kuchciński powierzył prof. Majchrowskiemu koordynowanie Zespołu Ekspertów do Spraw Trybunału Konstytucyjnego. - Część tego co wypracowaliśmy zostało zrealizowane w formie przepisów prawa - nie kryje satysfakcji, po czym dodaje: - Skończyła się awantura o Trybunał Konstytucyjny, którą wywołała Platforma Obywatelska, obsadzając kilka stanowisk w trybunale z góry, na przyszłą kadencję.

Kolejny raz znalazł się na celowniku liberalnych autorytetów, gdy objął funkcję p.o. prezesa Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Historia objęcia przez niego tej funkcji, przeczy wszystkiemu, co na temat Izby Dyscyplinarnej oraz jej sędziów, głosi opozycja, zbliżone do niej media, a także organy Unii Europejskiej. Okazuje się, że tej „posady” nikt mu nie zaproponował, ponieważ nikt nie wiedział, że będzie startował w konkursie.

- Zdecydowałem się złożyć papiery w ostatniej chwili, gdy Sejm zmienił ustawę w ten sposób, że można było łączyć funkcję sędziego z pracą na uniwersytecie - wyjaśnia. Jak mówi, dokumenty złożył na niespełna dwie godziny przed upływem terminu, a rekrutację w KRS przeszedł pomyślnie, ponieważ konkurs był otwary i bardzo transparentny. - Moją kandydaturę przedstawiono Prezydentowi RP niemal jednogłośnie - wspomina.

Jego praca w Sądzie Najwyższym od początku najeżona była problemami, z których dwa najwieksze, to fatalna atmosfera wobec Izby Dyscyplinarnej, z której uczyniono symbol rzekomo niezgodnej z prawem reformy wymiaru sprawiedliwości, a także relacje pomiędzy nowymi i starymi sędziami. Majchrowski organizował Izbę Dyscyplinarną faktycznie od samego początku. Patrzył w przyszłość, skupiając się na misji do której został powołany. Nie pierwszy raz w otoczeniu, które postrzegało go jako zagrożenie dla własnych interesów.

- Czy miał pan okazję rozmawiać z sędzią SN Józefem Iwulskim? - pytamy. Majchrowski unosi brwi, lekko się uśmiecha, po czym odpowiada: - Zostałem poproszony do gabinetu prezes Gersdorf, wchodząc do niego, minąłem się z Józefem Iwulskim. - Czy było „dzień dobry”? - dopytujemy. - Tak, chociaż ja wolałbym mu wtedy powiedzieć „do widzenia”.

Przypomnijmy, sędzia SN Józef Iwulski wydawał w stanie wojennym wyroki skazujące na opozycjonistów. Prokuratorzy Instytutu Pamięci Narodowej chcą mu postawić zarzut zbrodni komunistycznej. Nie jest to jednak możliwe, ponieważ sędzia Iwulski ukrywa się za immunitetem. Izba Dyscyplinarna uchyliła mu go, co powinno się wiązać z zawieszeniem sędziego w pełnieniu obowiązków.
- To miało miejsce rok temu i od tego momentu on jest zawieszony, a mimo to nadal sądzi oraz pobiera pełne wynagrodzenie - irytuje się Majchrowski.

To był jeden z powodów, obok kilku innych, dla których Jan Majchrowski 6 grudnia 2021 roku zrzekł się urzędu sędziego Sądu Najwyższego, wydając głośne oświadczenie oraz protestując w ten sposób przeciwko łamaniu prawa w samym Sądzie Najwyższym.
- Rezygnacja jest już ostatnią pozostającą w mojej dyspozycji formą protestu przeciwko naruszaniu w samym Sądzie Najwyższym obowiązującego prawa, polskiej Konstytucji, orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego i faktycznemu uleganiu przez kierownictwo SN i Izby Dyscyplinarnej SN bezprawnym naciskom podmiotów zewnetrznych podważających suwerenność Państwa Polskiego - napisał w szeroko komentowanym oświadczeniu.

Część winy za konieczność podjęcia decyzji o odejściu z SN składa na barki rządzących. - Nie wszyscy zrobili to, co do nich należy. Ja zrobiłem wszystko, co mogłem. Zaprotestowałem w ten sposób również po to, aby władze polskie nie uginały sie przed KE i wyrokami unijnych trybunałów - mówi. Postawa ta w nowożytnej historii jeszcze nie miała precedensu, aby sędzia SN zrezygnował z urzędu. Czy nie szkoda mu wysokiego statusu sędziego w stanie spoczynku oraz dożywotniego uposażenia?

- Ja się do tego publicznie odniosłem przestrzegając moich kolegów ze zlikwidowanej Izby Dyscyplinarnej przed przechodzeniem w stan, który można by nazwać „darmozjadnym”. Sędziowie przechodzą w lukratywny stan spoczynku po długiej pracy w sądzie. Moim zdaniem nie wypada tak czynić po 2-3 latach orzekania. Są rzeczy ważniejsze w życiu niż pieniądze. Naprawdę! - konstatuje.
Postawa godna podziwu, ale nie jest podzielana przez wszystkich. Nawet przez ludzi bliskich ideowo byłemu sędziemu, którzy uważają, że rola go przerosła.

- Otrzymał powołanie na ważny urząd sędziego w ważnym momencie, a zachował się jak obrażony na wszystkich chłopak - mówi GL ważny polityk PiS. Jego zdaniem, J. Majchrowski nie wytrzymał ciśnienia, a rezygnacja z urzędu - choć szlachetna, była oznaką słabości.

Poza dyskusją, Majchrowski jest po prostu konsekwentny. Nie pierwszy raz okazał się człowiekiem bezkompromisowym, tam gdzie idzie o prawdę i wartości, ale również celnie przewidującym do czego może służyć pobłażanie ludziom bez zasad. W Lubuskiem, dopiero po latach wielu uświadomiło sobie, jak ważną postacią był ten młody i pierwszy wojewoda, jeszcze młodszego województwa. Mówiąc prawdę, często niewygodną nawet dla swojego własnego środowiska, elegancję i takt pozostawia projektantom mody. Można w ciemno założyć, że naśladowców w polskim życiu publicznym nie będzie wielu. Warto jednak pokazywać takie właśnie wyjątki.

ROBERT BAGIŃSKI O LUUSKICH POLITYKACH:

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Materiał oryginalny: Zakochany w Lubuskiem. Był przewidującym do czego może służyć pobłażanie ludziom bez zasad - Gazeta Lubuska

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
CAPI PISiorem !
Wróć na i.pl Portal i.pl