Zginęło wówczas 208 osób, wśród nich wiele kobiet i dwoje dzieci. Przypomniały o tych mordach odkryte niedawno przedmioty po ofiarach odkopane w wyniku prac archeologicznych.
W Polsce pamięć o masakrze w lesie Arnsberg właściwie nie istnieje. Pod koniec 1958 w „Przeglądzie zachodnim” ukazała się relacja z procesu wytoczonego winnym tamtej zbrodni, którzy otrzymali wyroki urągające poczuciu elementarnej sprawiedliwości.
Mordercami byli żołnierze Waffen-SS i Wehrmachtu. Ofiarami - wycofywani na wschód ze zniszczonych nalotami fabryk rosyjscy i polscy robotnicy przymusowi. Pod koniec marca znaleźli się oni w tymczasowych miejscach koncentracji w okolicy Warstein i Suttrop w pobliżu miasta Arnsberg. Dowódca dywizji Waffen-SS „Zur Vergeltung” (Odwet) generał Hans Kammler uznał ich za zagrożenie i rozkazał „zdziesiątkować”.
Milczące świadectwo
Zwyczajna droga leśna. Na jej końcu polana, na której archeolodzy prezentują nędzne pozostałości po ludziach, którzy tu zostali przyprowadzeni - właściwie zwabieni podstępem - i pozbawieni życia. W tym fragmencie lasu koło Arnsberg zginęło 56 dorosłych i jedno dziecko. Są jeszcze dwa takie miejsca w lesie między
Arnsberg, Warstein i Meschede. O zbrodni przypomina tablica, z ziemi wydobyto skromny dobytek ofiar towarzyszący im w ostatnich chwilach - kawałek ustnej harmonijki, książeczka do nabożeństwa po polsku, słownik, monety kopiejki, okularowe etui, buty, części ubrań, guziki, naczynia, łyżkę… Tyle zostało z zabitych i te przedmioty mówią dziś do żywych bez słów. Kości ofiar zebrano i umieszczono w większości na cmentarzu w Meschede.
Praca archeologów przyniosła także istotne informacje o sprawcach. We wszystkich trzech miejscach egzekucji postępowano według różnych schematów - w jednym z nich masowy grób utworzono za pomocą środków wybuchowych, łuski i pociski wskazują na to, że przyprowadzeni na śmierć usiłowali uciekać - daremnie.
Rozkaz - zdziesiątkować! Zabić jak najwięcej!
Przez region wokół tych miejscowości przechodziły kolumny robotników przymusowych. Wśród mieszkańców wytworzyło się przekonanie, że robotnicy przymusowi kradną i dopuszczają się gwałtów, ale przeczą temu zachowane dokumenty. W atmosferze strachu przed klęską Trzeciej Rzeszy zapanowało przekonanie, że z chwilą wycofania się wojska z okolicy jej mieszkańcy zostaną wydani na pastwę zemsty i padną ofiarą grabieży dotychczasowych więźniów. W sztabie w Warstein generał Kammler zwołał odprawę i wydał odpowiednie rozkazy.
Ofiary sprowadzono na miejsca zbrodni podstępem. Ogłoszono, że należy się zgłaszać do transportu, który część robotników przymusowych przewiezie do innych, lepiej przystosowanych miejsc koncentracji i pracy. Zgłosiło się 129 mężczyzn i 77 kobiet z dwojgiem dzieci.
Egzekucji dokonywano pojedynczymi strzałami w tył głowy lub z broni długiej i maszynowej. Jeden z oprawców o nazwisku Anhalt wsławił się wyjątkowym okrucieństwem - ocalała z egzekucji dziewczyna klęknęła błagała o litość, ale Anhalt zaszedł ją od tyłu i strzelił jej w głowę. Niejaki Antoni Bros wsławił się tym, że zabił dwoje dzieci. Jednemu - miało około roku - rozbił głowę o drzewo.
Wojsko upozorowało przyczyny egzekucji tym, że rozstrzeliwuje plądrujących Rosjan, ale rozmiar akcji, jej przebieg i to, że wśród ofiar są kobiety i dzieci starało się utrzymać w tajemnicy. Po kilku dniach jednak wiele szczegółów przeniknęło do okolicznych mieszkańców od przypadkowych świadków i pracowników leśnych. A później o trupach w lesie dowiedzieli się Amerykanie, którzy już 7 kwietnia 1945 roku zajęli tereny koło Arnsberg.
Amerykański komendant nosił się początkowo z zamiarem wydania okolicy na łup byłych robotników przymusowych i zezwolenia im na zemstę w ciągu 24 godzin, ale do tego nie doszło. Zmusił miejscowych członków NSDAP, do ekshumacji pomordowanych. Następnie mieszkańcy okolicznych miast i wsi - rodziny z dziećmi - musiały przejść wzdłuż ułożonych ciał. Zachowały się zdjęcia z tych wydarzeń - na jednym matka idzie z dwojgiem dzieci i zasłania im oczy dłońmi… Ten zrozumiały gest w przypadku matki mógłby też dobrze ilustrować postawę powojennych Niemiec wobec hańbiących czynów z przeszłości.
Sprawcy
Głównym odpowiedzialnym za masakrę robotników przymusowych w lesie koło Arnsberg był generał SS Hans Kammler, jeden z najwybitniejszych ludzi w całej Trzeciej Rzeszy. To nie był jakiś tępy wojskowy, człowiek bez etosu, prymityw i bandyta. Kammler należał do prawdziwej elity tworzącej państwo niemieckie pod władzą Hitlera. Był znakomitym fachowcem, specjalistą w swojej dziedzinie. I miał jedną dominującą cechę - był okrutny. Urodził się w Szczecinie. Inżynier, budowniczy, konstruktor. Jego ojciec był oficerem, pułkownikiem. W marcu 1932 roku Hans Kammler wstąpił do NSDAP, a rok później także do SS. Nadzorował wszystkie projekty związane z budową obozów koncentracyjnych. Nazywano go „technokratą zniszczenia” -udoskonalił krematoria w Auschwitz-Birkenau dla osiągnięcia ich większej wydajności (80 tys. w ciągu miesiąca). Wiosną 1943 roku Kammlera skierowano do rozebrania getta w Warszawie. Następnie Heinrich Himmler mianował go specjalnym przedstawicielem przy programie rakiet V2. Stał się wtedy pomysłodawcą przeniesienia linii produkcyjnych do podziemnych sztolni i fabryk drążonych w górze Kohnstein w Turyngii (dwa równoległe kanały o łącznej długości ponad trzech kilometrów, pomiędzy nimi przebiegało ponad 40 tuneli łączących o długości nawet 150 metrów, całość założeń wydawała się wręcz nierealna, ale fabrykę wybudowano w rekordowym czasie czterech miesięcy). W sierpniu 1944 roku Kammlerowi powierzono odpowiedzialność za użycie rakiet V2 do ostrzału Londynu, Paryża, Brukseli oraz Antwerpii. Z uwagi na postępy aliantów, Kammler musiał wkrótce przenieść się za Ren. Podczas odwrotu, generał natknął się na zator wywołany przez pracowników przymusowych w pobliżu miasteczka Warstein. Tu wydał znany nam rozkaz dziesiątkowania… Koniec wojny zastał Kammlera w Pradze. Według sprzecznych informacji albo popełnił samobójstwo, połykając cyjanek, albo kazał się zabić szoferowi, albo upozorował śmierć i uciekł do Ameryki Południowej.
Jego oficer Wolfgang Wetzling, dowodący akcją dziesiątkowania, wstąpił do SS z pobudek ideowych - chciał być w gronie ludzi o najwyższych standardach. W efekcie przyszło mu uczestniczyć w zamordowaniu 208 osób.
Johannes Miesel studiował prawo i teologię. Od 1938 był w SS. Oficer - major. Walczył we Francji, Rosji i Jugosławii.
Bernhard Anhalt, Helmut Gaedt, Heinz Zeuner... członkowie SS. Cywilem był były kapitan Ernst-Moritz Klönne, syn fabrykanta, który spędzał czas końca wojny w rodzinnej willi koło Arnsberg. To on - jako znający teren - wskazał towarzyszom broni z SS dogodne miejsca do dokonania egzekucji.
Zbrodnia i kara. Więzienie za jednego zabitego
Dopiero w 1957 rozpoczął się proces odpowiedzialnych za masakrę. Wcześniej obowiązywała zmowa milczenia i krycia zbrodniarzy, a wymiar sprawiedliwości RFN dążył do amnestii dla nich i do odcięcia się od przeszłości. O wszczęciu postępowania zadecydowało anonimowe doniesienie.
Żaden oskarżony nie przyznał się do winy, bo wykonywał jedynie rozkazy. W pierwszej instancji zapadły wyroki niskie i uniewinnienia. W drugiej Wetzling dostał 5 lat więzienia za śmierć 151 osób, co dawało za jednego zabitego 12 dni pozbawienia wolności. Klönne otrzymał wyrok 1,5 roku więzienia za pomoc w zabiciu 71 osób. Miesel został uniewinniony na mocy amnestii. Pozostali trzej wyszli z sądu jako wolni ludzie.
POLECAMY: