W eliminacjach wykręciły drugi czas w historii polskich biegów, a podobno jeszcze są rezerwy.
- Przyznam szczerze, że gdy, przekroczyłam linię mety, to byłam w szoku, że z takiego biegu udało się uzyskać tak fantastyczny rezultat. Rekord Polski jest mocno zagrożony, ale nie chcę tutaj składać żadnych deklaracji, lepiej zrobić to po cichu – mówi Święty-Ersetic. - Myślę, że mamy jeszcze wiele tutaj do pokazania, nie wszystkie karty zostały odkryte. Najtrudniejsze zadanie już zostało wykonane, bo eliminacje zawsze są stresujące. Całe szczęście nic złego się w nich nie stało. Teraz już będziemy szły va banque.
To sztafeta po przejściach. W ostatnim roku nękały je kontuzje, problemy zdrowotne. A jednak w Tokio biegają tak, jakby te wszystkie perypetie nie miały znaczenia albo wcale się nie wydarzyły.
- My już tyle przeżyłyśmy, że nic nas nie złamie. Walczyłyśmy z urazami, stresem, słabościami, ale teraz jesteśmy zahartowane, zawzięte. Wytrzymamy naprawdę wiele – podkreśla Iga Baumgart-Witan. - Poza tym wszystkie jesteśmy wdzięczne, że tu jesteśmy i w końcu zdrowe.
W eliminacjach startowały bez Natalii Kaczmarek (z Anną Kiełbasińską na pierwszej zmianie), która prawdopodobnie zostanie włączona do składu na decydujący bieg. Słabych punktów nie ma.
- Wszystkie jesteśmy świetnie przygotowane. Każda z nas wykonała naprawdę bardzo ciężką pracę. W sobotę będzie ciekawie, bo przecież każdy szykował na tę imprezę nie sto, a sto pięćdziesiąt procent formy – przekonuje Hołub-Kowalik.
- Przyjechałyśmy tutaj powalczyć o medal, a w finale polecimy jak na skrzydłach – zapowiada Święty-Ersetic.
- W końcu jesteśmy aniołkami – dorzuca z uśmiechem Baumgart-Witan. - Wierzymy w siebie i będziemy walczyć. Na bieżni oddamy serce, oddamy całą naszą moc.
