Wszystkie dowody na istnienie Boga. Wielkie pytanie bez ostatecznej odpowiedzi

Witold Głowacki
Witold Głowacki
William Blake, Stworzenie Świata
William Blake, Stworzenie Świata WIKIPEDIA
Dowodzenie istnienia Boga było stałym zajęciem szanujących się filozofów przynajmniej do XVIIwieku. W XIX i XX wieku bardziej modne stało się dowodzenie czegoś zupełnie przeciwnego – czyli tego, że żadnego Boga nie ma. Jedno jest pewne – dowodu nie udało się znaleźć ani jednym, ani drugim.

Chyba śmiało można postawić taką oto roboczą tezę, że prawie każdy człowiek wychowany w cywilizacji Zachodu choć raz w życiu stanął przed wyzwaniem polegającym na dowiedzeniu istnienia Boga lub przeciwnie – na przeprowadzeniu dowodu na jego nieistnienie.

Całkiem to zrozumiałe. Po tego typu argumenty trzeba sięgać i przy sporach wierzących z niewierzącymi czy też wierzącymi nieco mniej lub też nieco inaczej. Przydają się nam w chwilach religijnych zwątpień czy ateistycznych wzmożeń, w refleksjach nad literaturą, sztuką czy filozofią, ale i w prostych rozmowach z własnymi dziećmi, nie mówiąc już nawet o dyskusjach o polityce, w końcu żyjemy w kraju, w którym od czasu do czasu jakiś poseł zgłasza potrzebę koronowania a to Jezusa Chrystusa, a to Matki Boskiej w roli polskiego monarchy lub monarchini.

Dowodząc istnienia lub nieistnienia –czego raczej zdarzyło nam się w przeszłości próbować - prędzej czy później musieliśmy więc zderzyć się ze ścianą o dwutysiącletniej historii. Zderzyliśmy się zaś z nią z oczywistych przyczyn – w dziejach filozofii i teologii nigdy nie znaleziono ani przekonującego dowodu istnienia Boga, ani dowodowej metody zaprzeczenia temuż istnieniu. Niemniej podejmowano tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy ich odnalezienia czy też sformułowania.

Istniały ku temu liczne, całkiem naturalne potrzeby. W końcu według Nowego Testamentu sam Chrystus od czasu do czasu dowodził swej boskości, tak jakby chciał przekonać wątpiącym i dostarczyć swym uczniom i słuchaczom naocznych świadectw potwierdzających wiarę. Czyż nie po to miał rozmnażać chleby, przemieniać wodę w wino, uzdrawiać chorych i przywracać życie umarłym? Więcej – wszak o tym właśnie zaświadczali bezpośredni widzowie tych scen kolejnym adeptom nowej wiary. W pierwszych dekadach chrześcijaństwa na tym właśnie w dużej polegała ewangelizacja. „ Ja naprawdę widziałem, jak Jezus chodził po wodzie” – mówili swym uczniom apostołowie. Ci uczniowie z kolei zaświadczali swym uczniom, że osobiście znają kogoś kto widział to na własne oczy. I tak dalej. Nie rozstrzygając tego, czy Jezus naprawdę chodził po wodzie, czy też świadkowie tej sceny mieli do czynienia z rodzajem jakiejś bardzo sugestywnej iluzji, możemy raczej bez większej szkody dla własnych przekonań uwierzyć im, że byli przynajmniej święcie przekonani, iż doświadczyli jej własnymi oczami. Dlatego też „niosąc Dobrą Nowinę” dalej opierali się na własnym naocznym doświadczeniu – lub tym, co za nie szczerze uważali.

CZYTAJ TAKŻE: Kiedy urodził się Jezus. W grudniu czy w styczniu, na wiosnę czy jesienią?

Ostatni świadkowie bezpośredni odeszli jednak z tego świata nie później niż u progu II wieku naszej ery, po kolejnym stuleciu zabrakło też żywych nosicieli świadectw z trzeciej czy czwartej ręki. Od tego czasu obecności Boga lub domniemanego Boga na ziemi już nie doświadczano. Cóż zatem zrobić z niedowiarkami? Jak ich przekonać, kiedy nie ma już wiarygodnych świadków? Próbowano mnóstwa sposobów. Zacznijmy od tych najprostszych.

Był więc stosowany – w filozofii średniowiecznej, a w XVI-XIX wieku głównie w kazuistyce tak zwany dowód chrystologiczny. Sprowadzał się on do tego, że głównym potwierdzeniem istnienia Boga miało być pojawienie się wśród ludzi jego ziemskiej postaci, czyli Jezusa Chrystusa. Tym samym wszystko, co Jezus robił, mówił i zdziałał, zaświadczać miało o istnieniu Boga. Rzecz jasna ten argument – mimo całej swej niewątpliwej logiki – ma tę jedną wadę, że by w pełni zadziałał, przyjmujący go musiał być pewny boskości samego Chrystusa, w przeciwnym wypadku cała konstrukcja nieubłaganie się rozsypywała. A zatem bez uwierzenia na słowo, że Jezus naprawdę chodził po wodzie, nie sposób było dać się porwać dalszemu dowodzeniu.

Równie chętnie posługiwano się tak zwanym „dowodem biologicznym”. Co ciekawe zyskał on szczególną popularność dopiero w XIX wieku, wraz z odkryciami dowodzącymi prawdziwości teorii ewolucji. Skoro w przyrodzie formy życia ewoluowały od tych najprostszych aż po najbardziej złożone, od pantofelka aż po homo sapiens, to gdzieś na początku musiał być Ktoś, kto swym boskim tchnieniem dał życie tej pierwszej komórce lub formie życia jeszcze od niej prostszej – tak rozumowali i nadal rozumują zwolennicy dowodu biologicznego. Na ich korzyść działa fakt, że w nauce nadal brakuje w pełni przekonującego i dowiedzionego wyjaśnienia samego procesu powstawania życia, są zaś liczne teorie.

Krewnym dowodzenia biologicznego jest dowód zwany teleologicznym lub fizyczno-teologicznym. Tu z kolei dowodzący najpierw roztoczy przed nami możliwie obrazowo niemal nieskończoną złożoność Wszechświata, by na koniec zapytać nas podchwytliwie – a jak to niby wszystko mogło być możliwe bez Wielkiego Architekta, który to krok po kroku zaprojektował a następnie stworzył, hę? Rzecz jasna ten dowód działa tym lepiej, im mniej wiemy o naukowych wyjaśnieniach przyczyn owej złożoności wszechświata. Niemniej gdzieś z tego rodzaju myślenia płynęły nawet tak interesujące koncepcje filozoficzne jak ta Spinozy.

Niemniej wszystkie trzy powyższe typy dowodów są z punktu widzenia zarówno filozofów, jak i nowożytnych teologów niczym więcej niż tylko naiwnym mędrkowaniem. Nic więc dziwnego, że już w średniowieczy szukano dowodów istnienia Boga opartych na nieco bardziej wyrafinowanych rozumowaniach.

W tej dziedzinie zasłużył się święty Anzelm z Canterbury, włoski benedyktyn z doliny Aosty, który przez Burgundię zawędrował aż na wyspy brytyjskie, gdzie Wilhelm Rudy, syn Wilhelma Zdobywcy powołał go na arcybiskupa Canterbury, czyli kogoś w rodzaju prymasa ówczesnej Anglii. W tej roli – jak zresztą większość swych ówczesnych europejskich kolegów po fachu – stoczył Anzelm z Wilhelmem (a także jego synem i następca Henrykiem I) epicką batalię o inwestyturę – zakończoną rodzajem kompromisu. Władca wyrzekł się na rzecz papieża mianowania kolejnych biskupów, jednak dalej podlegały mu ziemie zarządzane przez Kościół.
Wyprowadził więc Anzelm z Canterbury tak zwany dowód ontologiczny istnienia Boga – opierający się na samym istnieniu pojęcia „Bóg”. Anzelm rozumował następująco: Pojęcie „Bóg” oznacza skończoną doskonałość. Jeśli zaś byt jest skończenie doskonały, nie może mieć żadnych braków – w szczególności nie może mu brakować samego istnienia. A zatem – musi istnieć.

Wspomniany już Anzelm stosował też drugą metodę dowodzenia istnienia Boga – czyli koncepcję „pierwszego poruszyciela”. W jej myśl każde zdarzenie na świecie jest wynikiem określonego ciągu przyczynowo-skutkowego. Skoro tak, to gdzieś musi być ta praprzyczyna wszystkich przyczyn – powód pierwszego zdarzenia w dziejach. Zdaniem Anzelma musiał nią być oczywiście Bóg.
Sto lat po Anzelmie do koncepcji pierwszego poruszyciela powrócił św. Tomasz z Akwinu. Ten chyba najwybitniejszy z filozofów średniowiecza sformułował pakiet aż pięciu przesłanek wskazujących na istnienie Boga. Oto one, w telegraficznym skrócie:
Po pierwsze, skoro istnieje ruch, to musiał też istnieć pierwszy poruszyciel – jest nim zatem Bóg. Po drugie – każda rzecz ma swoją przyczynę – co jest zatem pierwszą przyczyną w każdym ciągu przyczynowo-skutkowym? Rzecz jasna Bóg.

Tu możemy łatwo zauważyć, że z idei „pierwszego poruszyciela” zrobił Tomasz z Akwinu aż dwa argumenty na istnienie Boga. Na tym jednak nie poprzestał.

CZYTAJ TAKŻE: Święta, święta, a po świętach? Co szósty Polak ma problemy finansowe

Po trzecie bowiem – skoro byty przygodne (przemijalne) nie istnieją w sposób konieczny (bo raz się pojawiają, raz przemijają), to musi istnieć byt konieczny – oczywiście również Bóg. Po czwarte – skoro rzeczy na ziemi różnią się pod względem stopnia doskonałości, to musi istnieć byt najdoskonalszy, czy też skończenie doskonały – któż, jeśli nie Bóg? Po piąte wreszcie, i ostatnie - skoro działanie celowe dowodzi rozumności, to elementy ładu, porządku i celowości w działaniach bytów nieożywionych jest znakiem działania rozumności Boga.

Samą ideę „pierwszego poruszyciela”, do której tak chętnie wracali filozofowie średniowiecza z Anzelmem i Tomaszem na czele, sformułował jakieś 350 lat przed przybliżoną datą narodzin Chrystusa Arystoteles – funkcjonujący wyłącznie w świecie politeicznych wyobrażeń religijnych. Niemniej okazała się ona bardzo pomocna w rozumowaniach.

Do dowodzenia ontologicznego zapoczątkowanego przez św. Anzelma powrócił zaś po prawie połowie tysiąclecia Kartezjusz. On również dowodził, że istnienie Boga wynika z samej idei jego pełnej doskonałości.

Chwilę po Kartezjuszu, Blaise Pascal myślał o dowodzeniu istnienia Boga przede wszystkim przez pryzmat niepowodzeń swych poprzedników w tej dziedzinie. Wychodząc od tego, że sformułowanie niezbitego dowodu na istnienie Boga nie jest możliwe, skonstatował, że identycznie niemożliwe jest również dowiedzenie nieistnienia Boga. To był punkt wyjścia do słynnego „zakładu Pascala” sprowadzającego się do następującego rozumowania: Wprawdzie nie możemy mieć pewności czy Bóg istnieje, jednak zdecydowanie opłaca nam się założyć, że tak jest. Żyjąc bowiem w zgodzie z 10 przykazaniami możemy bowiem zyskać życie wieczne (jeśli Bóg istnieje) lub też ewentualnie stracić nieco doczesnych przyjemności i doraźnych korzyści a potem umrzeć na wieczność (jeśli nie istnieje). Jeśli Bóg nie istnieje, to przed tym ostatnim nie uciekniemy – za to jeśli Bóg istnieje, to żyjąc w sposób, którego by sobie życzył możemy zyskać nie byle jaką nagrodę. Taką to metodą wybrnął z problemu dowodzenia Boga Pascal – przekuwając przy okazji problem dowodu i jego braku w rodzaj rozumowania opartego na szacowaniu ryzyka.

Rzecz jasna próbowano również w historii dowodzić czegoś zupełnie przeciwnego – czyli nieistnienia Boga. Tu mamy do czynienia ze znacznie krótszą tradycją – przede wszystkim dlatego, że mniej więcej do przełomu XVII i XVIII wieku publikowanie takich wywodów groziłoby spaleniem na stosie lub śmiercią zadaną w inny przerażający sposób. W Polsce przekonał się o tym na własnej skórze Kazimierz Łyszczyński, filozof zwany pierwszym polskim ateistą, autor traktatu „De non existentia Dei” „O nieistnieniu Boga” – będącym właśnie autorskim dowodem tytułowej tezy. Traktat miał charakter tajny, był pisany do szuflady, ewentualnie przeznaczony dla oczu jedynie zaufanych czytelników. Wykradł go jednak dłużnik Łyszczyńskiego, który uznał, że zamiast spłacać pożyczkę, lepiej pozbyć się wierzyciela – i to przy dźwiękach dzwonów na trwogę. Łyszczyński mimo wielu zasług (posłował na Sejm, bił się dzielnie ze Szwedami) został postawiony przed Sadem Sejmowym. „Człowiek jest twórcą Boga, a Bóg jest tworem i dziełem człowieka” – tak brzmi jedno z niewielu zachowanych (wyłącznie dzięki mowie oskarżycielskiej) zdań traktatu. Było tam jeszcze niemało o „teologach, którzy gaszą światło rozumu”, czy księżach jako „obrońcach błędów głupoty i podstępów przodków”
Sędziowie skazali Łyszczyńskiego na śmierć i konfiskatę dóbr. W ramach prawa łaski Król Jan III Sobieski zgodził się na zamianę sposobu wykonania kary ze spalenia żywcem na ścięcie. Bez palenia się jednak nie obeszło. Gdy tylko głowa Łyszczyńskiego potoczyła się po bruku „okrutnie znęcano się nad jej ustami i językiem”. Język został rzucony w ogień. Spalono również prawą rękę filozofa i oczywiście jego traktat. Biskup Andrzej Chryzostom Załuski twierdził, że wyrywanie języka i palenie ręki Łyszczyńskiego odbyło się jeszcze za jego życia. Wyrok został uznany za barbarzyński przez część szlachty, co ciekawe w liście do polskiego króla miał też wyrazić swój niesmak nawet papież Innocenty XI.

W światowej filozofii pierwsze polemiki z samą ideą chrześcijańskiego Boga można datować i 1500 lat przez Łyszczyńskim. „Mówicie, że to dla naszego zbawienia Bóg objawił się nam, aby zbawić tych, którzy uznali Go, będą więc zaliczeni do cnotliwych, i ukarać tych, którzy go odrzucili, ujawniając w ten sposób swoją niegodziwość? Jakże to! Mamyż mniemać, że po tylu wiekach Bóg zatroszczył się wreszcie o sprawiedliwe osądzenie ludzi, choć przedtem zgoła o nich nie dbał?” – pisał w II wieku Celsus, filozof, który nie był ateistą – był natomiast rzymskim konserwatystą, który opowiadał się za wiarą w dawne bóstwa Rzymu.

Słynne zdanie „Bóg umarł” Fryderyka Nietzschego jest natomiast do dziś źródłem mnóstwa nieporozumień. Nietzsche nie przeprowadzał dowodu na nieistnienie – zamiast tego konstatował raczej fakt, że ludzkość przestała już wierzyć w bezwzględne kodeksy moralne i nie szuka religijnych kluczy do kosmicznego porządku. Stąd też nietzscheański postulat przewartościowania wszystkich wartości – mającego być szansą na budowę nowego systemu moralnego.

LICZ SIĘ ZE ŚWIĘTAMI - MIKOŁAJ DO WYNAJĘCIA.

NAJPIĘKNIEJSZE CHOINKI z całego świata. Wyjątkowe zdjęcia dr...

Inaczej było z Bertrandem Russelem i jego esejem „Dlaczego nie jestem chrześcijaninem” wydanym w 1927 roku. W tym tekście, uważanym dziś za manifest dwudziestowiecznego ateizmu, brytyjski filozof wyjaśniał, dlaczego w Boga nie wierzy i uwierzyć nie zamierza – a źródeł figury Boga upatruje w ludzkim strachu. 80 lat po Russelu książkę o identycznym tytule opublikował Richard Carrier, amerykański historyk, który zrobił karierę na propagowaniu teorii ahistoryczności Jezusa –mającej dowieść, że Jezu Chrystus nigdy nie istniał, zarówno jako postać boska, jak i historyczna.

Z anegdot - swój autorski dowód na nieistnienie Boga prezentował w Lozannie w 1904 roku w debacie z pewnym pastorem Benito Mussolini – wówczas będący jeszcze żarliwym socjalistą. Mussolini wygłosił wtedy dłuższą, pełną cytatów z filozofów mowę. Po niej wszedł na stół, wyciągnął zegarek i oświadczył, że jeśli tylko Bóg istnieje, zabije go (Mussoliniego) w ciągu najbliższych 5 minut – w ten sposób dowodząc oczywiście swego istnienia. Rzecz jasna Mussolini schodził ze stołu żywy i tryumfujący. Jakiś czas później opublikował znacznie poważniejszą w tonie książkę pod znamiennym tytułem „Boga nie ma”, jednak talent do efektownych przemów wykorzystał do czegoś innego niż filozofia.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Strefa Biznesu: Ceny złota na nowym, historycznym poziomie

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Komentarze 7

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

F
Filozof

A gdzie znajduja sie wszyscy papieze zamienione w nietoperze przez trzynaroznego boga

G
Gość

Niech ktoś udowodni, że nie ma Aberomastermusa ?

G
Gość

Gdyby BÓG istniał naprawdę,to pewnie księży-pedofili by nie było...

j
ja tak
26 grudnia, 10:52, Chrześcijanin:

Istnienia Boga można doświadczyć, trzeba tylko otworzyć oczy.... nie raz doświadczałem istnienia i wskazówek Boga.

Jakie to jest piękne gdy doświadczasz Bożej Miłości... zrozumieją tylko ci którzy. tego doświadczyli...

C
Chrześcijanin

Istnienia Boga można doświadczyć, trzeba tylko otworzyć oczy.... nie raz doświadczałem istnienia i wskazówek Boga.

G
Gość

Co to za herezje?!

G
Gość

Jeżeli Bóg ma na imię "Materia Krążąca, Energia Krążąca" - to Bóg istnieje

Wróć na i.pl Portal i.pl