- Nie jako policjantowi, nie jako oskarżonemu ale jako człowiekowi jest mi niezmiernie przykro, ze cała sytuacja skończyła się w tak tragiczny sposób, że człowiek zmarł – oznajmił policjant. - Nie takie było oczywiście nasze zamierzenie, nie taka była nasza wola, aby jakakolwiek interwencja z naszym udziałem miała taki finał.
Przez kilka godzin Łukasz R. ze szczegółami opowiadał swoją wersję wydarzeń z 15 maja 2016 roku. Zapewniał, że użycie paralizatora w toalecie komisariatu to był „stan wyższej konieczności”, a nie tortury czy też poniżanie Igora, jak twierdzi oskarżenie. Bo Igor był bardzo agresywny i „wpadł w szał”. Policjant zrobił to, choć wiedział, że nie wolno używać paralizatora wobec osoby zakutej w kajdanki.
Wydarzenia, tragiczne w skutkach zaczęły się na wrocławskim Rynku około godziny 6.00. Patrol, w którym był Łukasz R. wysłano na Rynek, by zainteresował się dziwnie zachowującym się mężczyzną. Podjechali do niego i próbowali wylegitymować.
Z relacji oskarżonego wynika, że mężczyzna nie wykonywał poleceń policjantów, nie chciał się wylegitymować. Miał być arogancki i coraz bardziej agresywny. W międzyczasie na miejsce przyjechał drugi patrol. Zapadła decyzja, że mężczyznę – był nim Igor Stachowiak – należy zatrzymać. Ustalono, że był poszukiwany choć na Rynku nie udało się stwierdzić z jakiego powodu. Poza tym znaleziono przy nim telefon komórkowy niewiadomego pochodzenia.
Na wieść o zatrzymaniu Igor miał stać się bardzo agresywny. Nie chciał wsiąść do radiowozu. Wyrywał się, machał rękami i nogami. - W moim odczuciu próbował uciec – stwierdził Łukasz R. Wtedy postanowił użyć pierwszy raz paralizatora. Użył go dwa razy, ale nic to nie dało. Oskarżony policjant mówił jak mężczyzna wyrywał się, szarpał zapierał, gdy chcieli wsadzić go do radiowozu.
- Interwencję utrudniał nam tłum gapiów – mówił policjant- Jedni krzyczeli że mamy dać spokój, czego my od niego chcemy. Inni zwracali się do tego mężczyzny aby podporządkował się naszym poleceniom – dodał. Co ciekawe Łukasz R. nie pamiętał, że jedna osoba z tłumu gapiów krzyczała do policjantów, by nie dusili Igora i traktowali go jak człowieka.
Zawieźli go do komisariatu, gdzie Igor miał stawiać opór i nie wykonywał poleceń. W końcu – gdy zaprowadzili go do toalety na przeszukanie – Igor wpadł w szał. Wyrywał się, kopał, machał rekami. Wtedy on zdecydował, żeby użyć paralizatora. Oskarżony przyznał, ze miał świadomość , że „zgodnie ze standardowymi przepisami” nie wolno użyć paralizatora wobec osoby zakutej w kajdanki. Jednak on uznał, że nie ma innego wyjścia i musi tak zrobić. Między innymi z powodu bardzo agresywnego i „destrukcyjnego” zachowania mężczyzny. - Uważam, ze użyłem paralizatora w pewnym sensie w stanie wyższej konieczności. Żeby opanować agresywne, bardzo agresywne zachowanie.
Po użyciu paralizatora Igor na chwilę uspokoił się i zaczął wykonywać polecenia. Ale znowu zaczął stawiać opór gdy usłyszał, że policjanci chcą przekuć mu kajdanki tak by były założone na rękach z tyłu. Doszło do szarpaniny. Brało w niej udział kilku policjantów. W pewnym momencie Igor zasłabł, stracił przytomność. Wezwano karetkę.
W procesie jako strona społeczna uczestniczą przedstawiciele Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka zajmujący się torturami. Będą interesować się głównie tym czy sprawa Igora nie jest złamaniem zakazu stosowania tortur, który wynika z Konwencji Praw Człowieka. Przedstawiciele Fundacji będą mogli wnioskować do stron procesu albo do sądu o zadawanie pytań oskarżonym czy świadkom. Zamierzają zapoznać się z aktami sprawy.
Sąd nie zezwolił mediom na relacjonowanie tej części rozprawy, w której zeznawać będą świadkowie. Tak by ci, którzy jeszcze nie zeznawali nie sugerowali się tym, co mówili wcześniej przesłuchani.