Tak wygląda codzienność w pogrążonej wojną Ukrainie. Alarmy, bomby, strach i... pełne restauracje w Kijowie

Anna Górska
Dzieci uczą się wojny błyskawicznie. Pakują tornistry w szkole i schodzą do schronu. Na zdjęciu schron w Kijowie
Dzieci uczą się wojny błyskawicznie. Pakują tornistry w szkole i schodzą do schronu. Na zdjęciu schron w Kijowie Archiwum
Tak bardzo chciałabym nie pisać już tego tekstu. Jednak trzeci rok z rzędu ponownie zanurzam się w temacie wojny w Ukrainie. Ukraina nie chce oddalać się ode mnie - geograficznie i mentalnie. Jest w głowie i sercu, bo za wschodnią granicą mam rodzinę i przyjaciół. Trzeci rok o niczym innym poza wojną nie rozmawiamy. Próbuję zrozumieć i przymierzyć na siebie ich los i codzienność. Gdy jestem tak blisko nieszczęścia ludzkiego wzdrygam się i myślę: tak bym nie chciała już pisać o wojnie.

Ukraina nie jest ogromna jak Rosja, ale jest wielkim krajem i często o tym się zapomina. Nie sposób było kiedyś porównać życia w Charkowie i Odessie z życiem we Lwowie czy Iwano-Frankowsku - te miasta były oddalone od siebie o setki kilometrów, dlatego rytm życia, zwyczaje, mentalność, a nawet język Ukraińców był inny. Dzisiaj tym bardziej mieszkaniec Dniepru będzie miał zupełnie odmienną historię od historii kijowianina. Moimi rozmówcami są mieszkańcy Buczy, Kijowa, okolic Lwowa i wsi pomiędzy Kijowem a Czernihowem.

Masza, czterdziestoletnia prawniczka z Kijowa, urodzona w Mikołajowie, ponad rok po rozpoczęciu wojny mieszkała w Krakowie

Jeśli alarm jest z rana, to już pewne, że do pracy nie dojadę na czas. Bo cały Kijów „rozpocznie życie” o tej samej porze - po alarmie. Setki samochodów utyka w korku. Czy wtedy odczuwam, że w moim kraju jest wojna? Nie bardzo, bo wówczas uświadamiam sobie nieoczekiwanie, że w wielokilometrowym korku moje auto jest najstarsze i najtańsze. Ostatnio czytałam, że w czasie wojny w Ukrainie zwiększyła się liczba milionerów, jest aż 16 tysięcy więcej!

Zastanawiałam się, czy nie kupić nowej szafy, ale wypędziłam szybko te myśli z głowy. Po co ta szafa, skoro nie wiadomo, co będzie jutro? Kupiłam za to nową wersalkę do przedpokoju. Gdy rozpoczynają się alarmy, przenosimy się z synem w bardziej bezpieczne miejsce.

Każdy alarm jest inny. Na czatach można w kilka minut o wszystkim się dowiedzieć: co leci, skąd leci, jak leci, gdzie zbijają, czy to rakieta balistyczna, czy dron, czy samolot, gdzie mogą ewentualnie odłamki zrzuconego dronu trafić, czy zdążymy do schronu czy lepiej w domu przeczekać. Ludzie znają się na tym doskonale, tylko wiedza nie pomaga w niczym.

Rok i trzy miesiące mieszkałam z siostrami w Krakowie - przyjechałyśmy do Polski po rozpoczęciu wojny. To nie było życie, lecz nieustanne czekanie na powrót do domu. Gdy otrzymałam dobrą propozycję pracy w Kijowie, wahałam się, czy wracać do domu. Zdecydowałam się na wyjazd, za parę miesięcy zabrałam syna, aby chodził do ukraińskiej szkoły. Cieszę się, że wróciłam. Bo jestem w domu. Siostry przed wojną mieszkały w Mikołajowie, ciężko tam wrócić z dziećmi. Bo bombardowania są znacznie częstsze niż np. w Kijowie, i z wodą tam poważny problem. Na razie zostały w Krakowie wraz z rodzicami.

Najpierw nasi rodzice nie chcieli opuszczać domu - w obwodzie chersońskim. Nie chcieli też, kiedy wioska została okupowana. Aż pewnego dnia porwano mojego tatę - emerytowanego wojskowego. Kilka dni go więziono, torturowano. Rosjanie byli pewni, że tata przekazywał dane ukraińskim wojskowym. Uratował się cudem, kilka tygodni wyjeżdżali z okupowanego terenu. Mama mówi, że już tam nigdy nie wróci.

Wojnę widzę i czuję każdą swoją komórką, gdy patrzę na swojego syna - 7 letniego Andrija. Jego dzieciństwo jest na wskroś przesiąknięte wojną. Podczas lekcji w szkole maluje na rękach czołgi i automaty. A 14 lutego przyniósł aż trzy walentynki. Jedna wyserduszkowana i podpisana: Mama i Andrij. Wzruszyłam się. Druga nawiązywała do przyjaźni z koleżanką z klasy. Urocze, prawda? Trzecia z czołgami, dronami, bombami i zwycięstwem Ukrainy.

Dzieci uczą się wojny błyskawicznie. Jeśli podczas lekcji zdarza się im alarm, potrafią zebrać się w trzy minuty, do schronu schodzą z tornistrami. Siadają i jakby nigdy nic kontynuują liczenie czy kaligrafię.

Wojna jest ze mną cały czas, nawet jak jej nie widzę czy nie słyszę. W sierpniu wsiadałam do pociągu z ciężką walizką, a przede mną chłop dwumetrowy coś gapi się, blokuje przejście. Dość energicznie poprosiłam o pomoc w ulokowaniu bagażu na górnej półce. A ta dwumetrowa chłopina odwraca się do mnie i z przepraszającą miną mówi: pewnie, już się robi. Jedną ręką, bo drugą zostawił gdzieś pod Bachmutem czy w innym piekle.

Ostatnio koleżanka wróciła z Niemiec, w piątek wybrałyśmy się do restauracji. Aż wstyd powiedzieć, stolika wolnego nie sposób było znaleźć. Kijów jakby zapomniał o tej całej wojnie, chciał dobrze zjeść, napić się trochę wina. No tak normalnie jak wy np. w Krakowie po pracy. Byle przed 24, bo o północy zaczyna się godzina policyjna.

Borys, czterdziestolatek, miejsce urodzenia - Kijów, w latach 2022-2023 walczył na froncie, głównie w Zaporożu

Jeśli przypadkowo znajdziesz się na ulicy po 24, zapłacisz mandat - 300 dolarów. Jeśli nie zgłosisz się w odpowiednim czasie do komisji wojskowej po wręczeniu wyzwania, też czeka mandat. Jeśli w czasie łapanki trafiłeś w łapy wojskowych, już się nie wydostaniesz. Chcesz czy nie chcesz, na front trafisz. Jeśli jesteś zwykłym żołnierzem, to oznacza że jesteś niewolnikiem swojego dowodzącego, jego dowodzącego i tego wyżej dowodzącego.

Nie masz żadnych praw, musisz wykonywać rozkazy. Jeśli zdaniem któregoś dowodzącego popełnisz błąd, nie wykonujesz rozkazu zgodnie z rozkazem - czeka kara. Twój dowodzący, w związku z tym, że należy do grupy trzymającej władzę, jest bezkarny. Nawet jeśli wszyscy dookoła wiedzą, że twój dowodzący bierze np. łapówki od żołnierzy w zamian za urlop. Żeby była jasność, nie wszyscy dowodzący to łapówkarze. Wielu to dobrzy ludzie. Jednak nawet w obliczu tego koszmaru, który jest na pierwszej linii frontu, ogromne znaczenie ma twoja pozycja w szeregu, zasobność portfela, status.

Mężczyźni w ogóle nie mogą wyjechać z Ukrainy, nawet ci, co są po służbie. Nawet Rosjanie mogą przekraczać granicę, a u nas zakaz. Paradoksalnie się składa, że walczymy o wolność, a jest jej coraz mniej.

Wowa, 45-letni rodowity kijowianin, od pięciu lat mieszka w Buczy, przedsiębiorca, mechanik samochodowy

Naprawiłem około 30 samochodów dla frontu. Z własnych pieniędzy. Gdy brakuje kasy, dzwonię do kolegów po fachu, robimy zrzutkę. Nikt jeszcze ani razu w ciągu tych dwóch lat nie odmówił. Poza kuzynem. Stwierdził, że nie bawi się w takie gierki, a kasiasty jest. Zerwałem z nim kontakt. Straciłem też najlepszego przyjaciela. Serce mi krwawi, wyjechał jako wielodzietny ojciec do Czech. Rozumiem to, ale obiecał wrócić, mówił, że rodzinę tylko wywiezie. Nie wrócił. Od czasu do czasu zdzwaniamy się - chyba z przyzwyczajenia, ale nie mamy o czym rozmawiać. To boli.

Co wojna zmieniła w moim życiu? Mam pełno nienawiści w sobie. Do Rosjan, Rosji.

Od pięciu lat mieszkam w Buczy. Teraz toczy się tu życie tak samo jak przed wojną. Mój blok nie ucierpiał. Osiem klatek schodowych, ponad 200 mieszkań. W 2022 roku było tylko dwóch lokatorów: ja i mój sąsiad z mieszkania piętro wyżej. My samiutcy w tak ogromnym bloku i pusty parking. W 2024 jest nas już około 100 mieszkańców, na parkingu coraz ciaśniej, ale wciąż mnóstwo wolnych miejsc. Niektórzy sąsiedzi teraz mają psy.

Moja mama mieszka w Buczy. Trzy czwarte jej domu zniszczyła bomba. Wymieniliśmy pokrycie dachowe, wybudowaliśmy kuchnię. Mama jest emerytką. Nie zauważyłem, żeby zmieniła się ostatnio. Trudno mi też ocenić, czy fakt, iż ukrywała się kilka tygodni w piwnicy przed nalotami, odmienił jej charakter.

Z naprawą aut, które mają trafić na front, mam zasadę, że kupuję tylko najdroższe i najlepsze części. Żeby nie mieć na sumieniu ani jednego życia, że jak żołnierz ma uciekać tym samochodem przed wrogiem, to silnik czy gaz musi odpalić na sto procent.

Zawsze dużo pracowałem. Knajpy, imprezy, grille na łonie natury, łowienie ryb, łaźnie i banie, sauny, ale i zabawić się lubiłem. Trzeci rok nie przekraczam progu żadnej restauracji. Wojenny post? Może i tak, nie jestem w stanie bawić się, przecież to niemoralne.

Halina, 47 lat, Polka z krwi i kości, mieszka w jednej z przygranicznych wiosek koło Lwowa zamieszkanych przez Polaków

- Ania, ja ci o wojnie wiele nie powiem. Moje życie nie zmieniło się.
- Sprowadzasz karetki, dżipy dla wojska, nawet karawany. Ile masz na koncie?
- Chyba 30, nie liczyłam.
- Uchodźcom pomagasz.
- Z początkiem wojny dużo ich było. Nasze wiejskie seniorki, które z wioski nigdy nie wyjeżdżały, mdlały ze strachu na widok czarnoskórych studentów. Biedacy spali na kostce brukowej na podwórkach, bo miejsc w domach brakowało. Przyjechali na studia do Kijowa czy Charkowa, a tu im wojna na głowy spadła. Niedawno z Daszą, która przyjechała do nas z Sum, wybrałam się do Lwowa, aby spotkała się ze swoją mamą. Ta kobieta pracuje na kolei, przez miesiąc wywoziła na zachód kraju ludzi z okolic Zaporoża - ani dnia wolnego nie miała. Syrena zaczęła wyć, akurat gdy byłyśmy na ryneczku, gdzie sprzedaje się i mydło, powidło i garsonki. To było przerażające, nie wiedziałam, co robić, gdzie biec. Rozejrzałam się dookoła, a ludzie dalej gapią się na wystawy i te łachy.

Pracuję w szkole, od czasów COVID-u dzieci nie mają dyskotek, imprez. Tańczyć czy bawić się w ogóle nie umieją. W czasie alarmu schodzimy do schronu. Jakie odrabianie lekcji? 140 osób zaganiamy do małego pomieszczenia. Tłuką się, ledwo je można uspokoić.

Kiedy się skończy wojna?

Masza: - W europejskich gabinetach politycznych nie słychać nic o zwycięstwie Ukrainy. Wojna może trwać i trwać. Kiedyś wszyscy mieli nadzieję: o zaraz zima i roztopy się skończą, to będzie kontrofensywa. Albo: po świętach będzie na pewno zawieszenie broni lub czekamy na lato, na pewno jest jakiś plan. Wzdrygam się sama na to, co mówię. Przecież w ogóle nie biorę pod uwagę zwycięstwa wywalczonego przez naszych żołnierzy. Ta świadomość, że wojna rozgrywa się zupełnie gdzieś indziej, psychicznie mnie rozwala. A co dopiero mówić chłopakom, którzy nie wychodzili z okopów od miesięcy?

Wowa: - Nawet i za dziesięć lat się nie skończy. Chyba że oddamy nasze tereny. Ale Polacy lepiej, żeby mieli spakowane walizki. Jeśli Ukraina przegra wojnę, to uciekajcie czym prędzej. Kolejni do pożarcia przez Rosję to wy.

Borys: - Jeśli europejscy przywódcy nie zmienią taktyki, wojna będzie trwała latami. Chyba że zakończy się samoistnie po śmierci na polu walki ostatniego ukraińskiego żołnierza. Nadziei na szybkie zakończenie już nie mam.

Halina: - Gdy wielcy świata podzielą, co mają podzielić.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Grecy będą pracować 6 dni w tygodniu

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Tak wygląda codzienność w pogrążonej wojną Ukrainie. Alarmy, bomby, strach i... pełne restauracje w Kijowie - Plus Dziennik Polski

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na i.pl Portal i.pl