Weronika K.: Zabiłam ze strachu

Anita Czupryn
Weronika K. „Zabiłam” Wstrząsająca autobiograficzna książka kobiety skazanej za zabójstwo kochanka. Przez wiele lat bogatego prawnika uznawano za zaginionego. Książkę wydało wydawnictwo WAM
Weronika K. „Zabiłam” Wstrząsająca autobiograficzna książka kobiety skazanej za zabójstwo kochanka. Przez wiele lat bogatego prawnika uznawano za zaginionego. Książkę wydało wydawnictwo WAM
Napisałam książkę nie po to, by opowiedzieć o zabójstwie, ale pokazać, a jaki sposób człowiek sięga dna i próbuje się z niego wydobyć - mówi Weronika K., autorka książki „Zabiłam”

„Zabiłam” to historia kobiety skazanej za okrutne, swego czasu bardzo głośne zabójstwo. To Pani historia. I Pani jest jej autorką.
Zaczęłam ją pisać jeszcze w więzieniu. Kilka lat przeleżała w przysłowiowej szufladzie. Pierwotny tytuł tej książki brzmiał „Bóg sobie poszedł”. Tak określiłam stan, w jakim się znalazłam. Ale książka pisana była w innym celu. Nie, żeby opowiedzieć o zabójstwie, ale w jaki sposób człowiek sięga dna i w jaki sposób z tego dna próbuje się wydobyć.

Tę wstrząsającą opowieść o zbrodni, wyrzutach sumienia, walce o prawdę, zaczyna Pani niejako od środka - od dnia, kiedy zatrzymują Panią policjanci. A gdyby miała Pani zacząć od początku, to byłby to dzień, kiedy poznała Pani Andrzeja G.?
Najpierw spotkałam jego córkę. Miałam 16, może 17 lat. Ona była ode mnie dwa lata starsza. Poznałyśmy się w liceum. Kilka miesięcy wcześniej zmarła jej mama. Byłyśmy jak dwie ofiary losu, zdeformowane psychicznie, które próbowały znaleźć w sobie oparcie. Zaprosiła mnie do siebie. Do domu.

Pamięta Pani pierwsze wrażenie, jakie zrobił na Pani jej ojciec?
Byłam pod wielkim wrażeniem. Zresztą, nie tylko ja. To był człowiek, który na wszystkich robił wrażenie.

Ale był tyranem dla swojej córki?
Ona tego nigdy nie powiedziała. To były moje własne przemyślenia, już później, gdy patrzyłam na ich relację. Pozornie nie traktował swojej córki źle. Nie było ani bicia, ubliżania, znęcania się. Ale był chłód emocjonalny i totalny brak akceptacji. Ta dziewczyna na każdym kroku czuła, że jest rozczarowaniem dla ojca. Jej się nic nigdy w życiu nie udawało. Nie skończyła liceum, przeszła do szkoły popołudniowej, matury nie zdała, ojciec załatwił jej pracę. Strasznie chciała wyrwać się do samodzielnego życia, ale nie była w stanie sama się ustawić. Twierdziła, że błędem było posłanie ją do liceum, a ona chciała zdobyć zawód. Nie lubiła się kształcić. Czytała, była inteligentna, ale nie miała umysłu do nauki. Ambicje ojca ją przerosły.

Pani była nim zachwycona. Ojcem przyjaciółki. Był starszy od Pani o ponad 30 lat.
Nie jest niczym dziwnym, że dziewczyna, która ma ojca alkoholika i wieczne awantury w domu, lgnie do starszego mężczyzny, szukając w nim substytutu ojca, sama nie zdając sobie z tego sprawy. Doszło między nami do zbliżenia, zainicjowanego przez niego. A ja się poczułam zaszczycona.

Był pani pierwszym mężczyzną?
I jedynym. Myślałam: „Ktoś tak wspaniały zainteresował się mną”. Wtedy jeszcze nie podejrzewałam, w jak chorej sytuacji właśnie się znalazłam.

Chorej, bo miał też inne kobiety?
Nie tylko z tego powodu. Chodzi o to, że nasz romans miał być tajemnicą. Spotykaliśmy się ukradkiem, czasem nawet gdzieś po lasach, w sekrecie przed wszystkimi. W jego domu przebywała wtedy jego matka, chora staruszka. Raz nas nakryła, więc przekonywał, że wydawało jej się. A ja musiałam zwracać się do niego „proszę pana”. To jest chora sytuacja.

Do końca zwracała się Pani, mówiąc do niego „proszę pana”?
Do końca. Nasz związek do końca ukrywany był przed całym światem.

Jego córka wiedziała o waszym romansie?
Wiedziała. Ale na początku znajomości nie mieszkałam w tym domu. Skończyłam liceum, poszłam na studia do Krakowa, do nich przyjeżdżałam na weekendy. Po studiach jeszcze przez rok mieszkałam w Krakowie, szukałam pracy. Nie znalazłam. Studiowałam historię, ale to był kierunek naukowy, nie nauczycielski, pracy magisterskiej już nie napisałam.
Na studiach poznaje Pani kolejną osobę, która będzie miała znaczenie w tragedii, jaka się wydarzy.
Byłam zafascynowana Marcinem. Tak tę osobę nazywam w książce. Zafascynowana jego inteligencją. Żadnych barier w myśleniu, szerokie horyzonty.

A Pani siebie jak widziała wtedy?
Jako coś w rodzaju jego tła. Gdyby Marcin wsiadł na statek kosmiczny, to ja za nim. Dopiero potem, już w czasie procesu zobaczyłam, że jest totalnym tchórzem. Dziś nie wiem, co było u niego prawdą, a co było stylizacją, jaką naprawdę był osobowością.

Mamy zatem cztery postaci tej tragedii - jest pani, jest koleżanka, którą w książce nazywa pani Joanną, jest Marcin i jest ojciec Joanny, znany w swoim mieście radca prawny. Pani jest jego kochanką, sekretarką. Kim jeszcze?
Kiedy tam zamieszkałam, prowadziłam dom, oraz sklep kosmetyczny z Joanną. O który zresztą miał pretensje, bo sklep splajtował.

Marcin przyjeżdża często?
Praktycznie co weekend. Zatrzymywał się, spał, jadł.

Polubili się z Andrzejem G.?
Myślę, że tak.

To dlaczego namówił was, aby go zabić?
Potrzebował pieniędzy. A one były na wyciągnięcie ręki. Mówię to z dzisiejszej perspektywy.

Co do Andrzeja G. czuła kochanka i córka, że zdecydowały się to zrobić? Nienawiść?
Nie można powiedzieć, że go nienawidziłyśmy. To był strach. I uzależnienie. I chęć wyzwolenia się z tego uzależnienia.

Jeśli się Pani bała, mogła się wyprowadzić, odejść od niego. Młoda, inteligentna, po studiach, wszędzie może sobie ułożyć życie.
Tak to mogło z boku wyglądać. Ale ja nie miałam nikogo, żadnych innych znajomych. Byłam chorobliwie nieśmiała, przekonana absolutnie o swojej niższości, zastraszona, znerwicowana. Nie umiałam nawet zapytać o pracę. To było ponad moje siły. Byłam kompletnie okaleczona. Wychowana w domu, w którym panował strach. Z koszmarnym dzieciństwem. Ojciec pił i bił mamę. W szkole byłam dziwadłem. Nikt mnie nie lubił, nie akceptował, nie chciał. Miałam szansę, żeby się przełamać, kiedy poszłam na studia. Ale tam poznałam Marcina i zaczęłam dziwaczeć z drugiej strony. Zostałam odizolowana od znajomych, imprez. Marcin był fascynujący. Świetnie znał łacinę, był dobry z filozofii, teologii, miał talent lingwistyczny.

Kiedy zrodził się pomysł, aby zabić Andrzeja G.?
Kiedy plajtował sklep kosmetyczny. Zjawił się wtedy w sklepie. Mówiłam, że boję się tego, co się stanie, gdy Andrzej dowie się o tej plajcie, że będzie piekło na ziemi. Rzucił hasło: „Należałoby się go pozbyć”. To było dla mnie kompletnie irracjonalne. Przyjęłam to, ale tak naprawdę to do mnie nie dotarło. Ale on, krok po kroku wciągnął nas w ten swój plan. Dla Joanny wtedy też był to chyba nierzeczywisty pomysł. Był sierpień 1999 rok. Ale ten pomysł zaczął nabierać kształtów, kiedy Marcin namówił Joannę, by wypłaciła pieniądze z kont - swojego i ojca. Obiecał, że je zainwestuje i zabezpieczy jej przyszłość. Wzięła je, oddała Marcinowi i zaczęła się bać, co będzie, jak się ojciec dowie. Presja rosła. Jedna z sąsiadek zeznała potem o nas: oni funkcjonowali jak sekta. I to była prawda. To był taki układ: jestem ja i Joanna i jest guru, który wyczyszcza nam mózg - Marcin.

Poddaję się. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Człowiek, który idzie na studia, ma chyba w sobie jakieś pokłady wrażliwości, empatii?
Tego się nie da zrozumieć. Ale to strach jest najczęstszym powodem przemocy. Jeśli człowieka stać na nienawiść, to w ogóle go na coś stać. Nienawiść nie musi prowadzić do zbrodni, może to być jakaś kalkulacja, jak kogoś skrzywdzić, ale nie iść za to do więzienia. Strach to ogarniająca tępota. Człowiek boi się tak bardzo, że jest mu już wszystko jedno, żeby tylko ten strach się skończył. Psychologowie taki stan określają słowami : bierno-agresywny. Poza tym mój związek z Andrzejem trwał już 15 lat. Rosło poczucie krzywdy. Uświadamiałam sobie, że oddałam mu praktycznie całą swoją młodość, a on ma mnie za nic. Straszył, że wyrzuci mnie z domu. Kwestią czasu było, kiedy w końcu rozkaże: „Wynoś się”.

Tego się Pani bała?
Tego najbardziej. I tego, że 15 lat mojego życia pójdzie na śmietnik. Nie byłam już w stanie wytrzymać z nim, nie byłam w stanie wytrzymać bez niego. Miotałam się, Marcin postanowił zastosować takie przecięcie węzła gordyjskiego.
Pierwszy pomysł - aby otruć Andrzeja G. grzybami. To Pani poszła do lasu i je nazbierała.
Nazbierałam, bo chciałam, żeby Marcin się ode mnie odczepił, dał mi spokój. Ale cały czas miałam nadzieję, że jeśli tego nie wykonamy, to Marcin może wymyśli coś innego, znajdzie jakieś inne rozwiązanie.

Drugi pomysł: córka uderzyła ojca młotkiem w głowę, gdy spał.
Nie, to ja uderzyłam go łomem, gdy spał. Wcześniej podałyśmy mu środki usypiające. Kiedy zobaczyłam krew, odrzuciłam łom. Wystraszyłam się tego, co zrobiłam. Zabrałyśmy się za tamowanie krwi, wołając: „Boże, co myśmy zrobiły”. Rano przyjechał Marcin. Był 14 stycznia 2000 rok.

Dzień, w którym zabiłyście Andrzeja G.
Nie lubię do tego wracać.

Wróciła Pani do tego w swojej książce. Ciągle Pani wraca.
Marcin wszedł, Andrzej się ocknął, był zamroczony, wmawiałyśmy mu, że uderzył się o szafkę nocną. Proponowałam, żeby wezwać pogotowie. Nie chciał. Usiadł w kuchni, poprosił o śniadanie. Płatki z mlekiem. Kiedy je przygotowywałam, nie pamiętam, Marcin czy Joanna, podeszła z tabletkami nasennymi, abym je wsypała do płatków. Zrobiłam to. Siedziałam przy nim, gdy jadł. Było mi dziwnie. Wciąż namawiałam, aby wezwać pogotowie, a on wciąż odmawiał. Potem znów poszedł położyć się spać. Marcin powiedział: „Nie wyjadę, bo wy go beze mnie nie zabijecie”. Po południu poszłam po koniak. Chyba najwięcej wypiłam. Zeszłyśmy na dół. Joanna wzięła poduszkę, usiadła na ojcu, zaczęła go dusić. Ocknął się, próbował ją z siebie zrzucić. Marcin, który stał z łomem, kiwnął głową w moją stronę: „Pomóż jej”. Położyłam się na nogach Andrzeja. Nie wiem, ile to trwało. To było… nierzeczywiste. Marcin powiedział: „Już wystarczy”. Potem powiedział: „Byłyście wspaniałe”. Na prześcieradle przeniosłyśmy ciało do piwnicy. Piwnica była wyścielona folią, żeby nie zostały żadne ślady DNA, na podłodze położone były jeszcze deski, to wszystko potem zostało spalone. Nie było żadnych śladów biologicznych. Z tego powodu sąd tak ostro do tego podszedł, bo dopatrzył się premedytacji. Potem Marcin z Joanną pocięli to ciało.

Zapakowałyście szczątki do plecaków i topiłyście je w Wiśle. Jak się Pani czuła, idąc z plecakiem, w którym była głowa Pani kochanka?
Tkwiłam w poczuciu nierzeczywistości.

Szczątki ciała zostały wyłowione?
Z tego, co mi wiadomo, tylko korpus. Kilka dni później zgłosiłyśmy jego zaginięcie. To był bardzo precyzyjnie opracowany plan.

Kłamałyście na policji. Jak wam udawało tak grać? Przecież policjanci znają się na kłamstwie.
Jak w każdym zawodzie, tak i w policyjnym ludzie są różni. Najgorszą zgubą policjanta chyba w takim momencie jest próżność, przekonanie o własnej mądrości.

Zgłosiłyście zaginięcie, a Joanna chodziła na policję dowiadywać się, co się dzieje w sprawie.
Marcin wyjeżdżał, wracał. Kazał wycofać Joannie ze spółdzielni mieszkaniowej pieniądze, powiedział, że zainwestuje za granicą. Kupili dolary, łącznie z poprzednio wyjętymi pieniędzmi z kont przekazał 30 tysięcy dolarów. Powiedział, że zainwestuje na trzy lata, a po tym czasie będzie wysoki procent.

Czyli dla Joanny i Marcina motywem zabójstwa były pieniądze.
Owszem. Ojciec chrzestny Joanny, dyrektor banku, zaświadczył, że ja nigdy przy sprawach finansowych nie byłam, nie brałam w tym udziału.
To dlaczego Pani wzięła udział w tym zabójstwie?
Nie potrafię wyjaśnić. Jak patrzę na tę dziewczynę sprzed lat, to mi jej żal. Bardzo samotna, przeintelektualizowana, zastraszona przez ojca alkoholika, leczona na drgawki przez 10 lat amizepinem. Taką dziewczynę dostaje Andrzej G. Dziewczynę, która zwraca się do niego z zaufaniem. Zaciąga ją do łóżka, wiedząc, że patrzę w niego jak w święty obraz. Zapytałam nawet wtedy, czy to aby nie grzech to, co robimy. Sypia ze mną ukrywając to przed światem, ale praktycznie go nie obchodzę. Mam nie robić kłopotów i mam być na każde zawołanie. Nie płacił mi za pracę, nie zatrudnił mnie oficjalnie. Pracowałam za dach nad głową i wyżywienie. A on miał odpis od podatku - bo podpisywałam umowy o dzieło, jakie mi podsuwał. In blanco. Ma kobietę-niewolnika, która wszystko potrafi dla niego zrobić. I uznał, że może mnie zniszczyć. Tak mi powiedział po 15 latach: „Zamknij się, jak chcesz mieć dach nad głową, mogę cię wyrzucić”. Ciche dni, które były maltretowaniem psychicznym. Potrafił nie odezwać się przez cały tydzień i to ja go przepraszałam. Nawet w łóżku mówiłam mu „proszę pana”. Myślę, że to mu się podobało. Leżąc ze mną, odbierał telefony od innych. W pewnym momencie zaczęłam być dla niego ciężarem. Po prostu się mną znudził. Ale z tym co zrobiłam, nigdy się nie pogodzę. Nie jest tak, że na okrągło się biczuję. Ale jak zrobię coś nie tak, to włącza się strach, że Bóg znowu sobie pójdzie i znowu wydarzy się coś złego. Ten strach pozostał.

Przed więzieniem też?
Nie. Ja tam już nie wrócę. Przeżyłam, odpokutowałam. Teraz mam normalne życie. Normalne koleżanki, normalną pracę, normalnego mężczyznę, który jest moim mężem.

Pięć lat mieszkacie w domu, w którym zamordowałyście człowieka. Można przez pięć lat tak mieszkać i…
Nie można. Czuję, o co chce pani zapytać. Zaczęłam pić. Trudno jest człowiekowi, który nigdy sam nie doświadczył traumatycznych zawirowań, to wytłumaczyć. Tego się nie da wytłumaczyć. Sama sobie nie jestem w stanie tego wytłumaczyć. Mogę tylko, jak przed sądem, opowiedzieć fakty. Ale może to będzie najlepszym wytłumaczeniem - uważałam od samego początku i do dzisiaj tak uważam, że policjanci, którzy przyszli mnie aresztować, uratowali mi życie.

Policjanci mieli tylko poszlaki. Żadnego dowodu. Gdyby nie przyznała się Pani do zabójstwa…
To, jak stwierdził jeden z komisarzy, sprawy by nie było. A sprawą zainteresowali się, bo w końcu Marcin popełnił błąd. Chyba brakowało mu pieniędzy, a wiedział, że jest testament. Ojciec zapisał Joannie ten dom, część domu letniskowego, pieniądze. Żeby zrealizować testament, Andrzej musiał być uznany za zmarłego, a on wciąż był zaginiony. Joanna złożyła już wniosek o uznanie ojca za zmarłego, sędzia powiedziała, że trzeba poczekać, ale Marcin czekać nie chciał. Chciał, aby Joanna sprzedała dom, a on znów miał zainwestować jej pieniądze.

Ufałyście mu?
Wtedy to była chyba jedyna osoba, której naprawdę w życiu ufałam. Kupił maszynę do pisania, starą w jakimś antykwariacie. Podyktował mi anonim. Pisałam go w lateksowych rękawiczkach. Potem maszynę utopiłyśmy w rzece. Anonim to było fikcyjne zgłoszenie mężczyzny, który miał widzieć, jak Andrzej G. był zabijany. Dla uwiarygodnienia do anonimu dołączyliśmy jakieś dokumenty, wizytówki i zdjęcia, które ten mężczyzna miał znaleźć po zabójstwie. Joanna zaniosła ten list na policję, mówiąc, że coś takiego przyszło pocztą. Tydzień czy dwa później - a było to już pięć lat po śmierci Andrzeja G - policjanci przekazali sprawę do Archiwum X. Marcin znów stwierdził, że powinnyśmy tam pojechać, rozeznać się w sytuacji. Pojechałyśmy w dzień śmierci papieża. Biały marsz szedł przez miasto. Policjant, który nas przyjął, był mało przystępny.

Czego oczekiwałyście po tej wizycie?
Chciałyśmy się zorientować, co to za jednostka, co za ludzie. Nie zdołałyśmy. No, a 19 kwietnia zjawili się u nas w domu. Nie należałam do pokolenia JP II, ale kiedy umarł, w mieście rozległy się dzwony, nagle się rozpłakałam. I zaczęłam się modlić, żeby coś stało się w moim życiu, bo już nie mogę tego wytrzymać. Kiedy więc 19 kwietnia policjanci zapukali do drzwi, pomyślałam, że to właśnie się stało. Nawet się szczególnie nie zdziwiłam. W głębi ducha uznałam: „Mówisz i masz. Oto się stało”. Było mi już wtedy kompletnie obojętne, co się ze mną stanie. Nie wierzyłam w to, że mogę mieć jeszcze jakieś życie. Już dawno się pogrzebałam. Pyta pani, dlaczego się przyznałam? Bo w takim stanie psychicznym trafiłam na człowieka, który, wydawało mi się, coś z tego wszystkiego rozumie. I się go chwyciłam. Powiedział mi: „Prawda panią wyzwoli”.
Przyznała się Pani, bo kiedy zrobi się coś tak strasznego, to już dalej nie można z tym żyć?
Zależy jaki człowiek. Później, w więzieniu, widziałam ludzi, którzy zabili i nie mieli z tym specjalnego problemu. Są ludzie, którzy się wypierają, są tacy, którzy idą w agresję. Reakcje ludzkie są różne. Ja poszłam w alkohol. Zaczęłam się bać ludzi. Bałam się wychodzić, bałam się kontaktów z innymi. Nawet wyjście do sklepu stanowiło dla mnie problem. Później było coraz gorzej, w ostatnim etapie praktycznie utrzymywała mnie moja mama. Nie wiedziała, co się ze mną dzieje. I w końcu kupiła mi psa. Husky, silny, lubi biegać, wyciągał mnie na spacery. Mama uznała, że to będzie dla mnie najlepsza terapia. Nie była. Zaczęłam się staczać. Otruć się bałam, bo się bałam piekła. Nagle zaczęłam się go bać. Stąd też twierdzę, że to policjanci uratowali mi życie, bo prędzej czy później coś bym sobie zrobiła.

Dostała pani najpierw 25 lat.
I uważałam, że to jest sprawiedliwy wyrok. Przyszła apelacja, dostałam 12 lat. Nie chciałam składać kolejnej apelacji. Uważałam, że to by była bezczelność. Ale stał się cud. TK zakwestionował brzmienie paragrafu dwa w artykule 148. Do czasu uchwalenia nowelizacji, ten paragraf przestał obowiązywać. A to oznaczało, że prokurator musiał złożyć wniosek o obniżenie wyroku do ośmiu lat. Wyszłam po pięć i pół roku.

Główne zajęcie więźniów to czekanie. Można się do tego przyzwyczaić?
Areszt śledczy fizycznie jest ciężkim doświadczeniem. Tam chodzi cierpiący Chrystus. A po oddziale karnym - sam diabeł. Do aresztu trafiają nie tylko osoby zdemoralizowane, ale często z przypadku. Po stronie karnej są zdemoralizowani. Nudząc się, zajmują się tym, aby współskazanemu obrzydzić życie. Ale można się przyzwyczaić. Czyta się, robi koronki. Na oddziale karnym można pracować, na śledczym nie. Na śledczym na wszystko trzeba czekać i nauczyć się cierpliwości.

Żeby przetrwać, trzeba poznać ten świat - pisze Pani w książce. A Pani już wtedy chciała przetrwać.
Wtedy, jak się przyznałam, już tak. W pewnym momencie po aresztowaniu miałam wielkie poczucie siły. Jak wyciągnę ręce, to ogień z nich tryśnie - takie miałam wrażenie.

Czego Pani się nauczyła w więzieniu?
Niczego szczególnego. Chodzi raczej o proces, jaki tam zaszedł we mnie. Poznałam siebie, własne możliwości. Dostrzegłam swoje plusy i minusy. W normalny ludzki sposób przestałam mieć kompleksy. Przestałam być nieśmiała. Nauczyłam się porozumienia z ludźmi, zaczęli mnie lubić. Pani sobie nie wyobraża, jaki to był sukces.

Dlaczego wcześniej Pani nie lubili?
Byłam zarozumiała. Jak ktoś ma kompleksy, to tak je sobie rekompensuje. A ja dużo czytałam i potrafiłam wiedzą człowieka zmiażdżyć. Arystotelesem przywalić. No, bo jeśli ludzie mnie nie lubią, świat mnie nie rozumie, jestem brzydka, nieatrakcyjna, to poświęcę się wiedzy. Potem nauczyłam się, że dzięki tej wiedzy mogę ludziom pomagać.

Świat zmienił się po tych pięciu latach, kiedy wyszła Pani z więzienia?
Wyszłam z więzienia dzień przed wigilią w 2010 roku. Ale ja ten świat na nowo zobaczyłam tak naprawdę nie po pięciu, a po 10 latach. Okazało się, że nie umiem obsługiwać bankomatu, bałam się tłumów, mostów, otwartych przestrzeni. Miałam stany lękowe.

Myślała Pani o tym, że aby dalej żyć, to trzeba sobie przebaczyć?
Było raczej pytanie, czy Bóg mi wybaczy. Wybaczył, bo dał mi rodzinę i męża. Dał mi dom.

Czego Pani żałuje?
To, co się stało, to ja już przeżałowałam. Czasem ma się koszmary. Najczęściej śni mi się, że Andrzej wraca, i jest dla mnie taki dobry. Zostało poczucie, że człowiek sam siebie wyrzucił z grona uczciwych ludzi.

A tego, że go zabiła?
Żałuję, że zabiłam, ale przede wszystkim tego, że go poznałam.

Myślała Pani o tym, że zabijając go, nie dała mu już żadnej szansy? Na to, żeby coś zmienił w swoim życiu? Żeby coś naprawił? Żeby był dobrym człowiekiem?
Myślałam o tym. Nie wierzę w etykietkę „dobry człowiek”. Sama też nie uważam się za dobrego człowieka. Za złego też nie. Ale nauczyliśmy się w naszej kulturze, żeby brak zła nazywać dobrem. A to nie jest to samo. Dobry to ten, który aktywnie wyciąga rękę do drugiego człowieka, a nie ten, który nie czyni zła.

A chce Pani być dobra?
Traktuję to jako zadośćuczynienie.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Maja
29 grudnia 2015, 7:26, spokojny:

Jeżeli ktoś jest skazany prawomocnym wyrokiem za najpoważniejsze przestępstwo, jakim jest zabójstwo, to nie powinien czerpać z tego korzyści w postaci zysków z pisania książek. Nie powinien udzielać wywiadów i budować w ten sposób swojej popularności. Żądam wprowadzenia odpowiednich przepisów i apeluję do mediów oraz wydawnictw o niepodpisywanie umów z przestępcami skazanymi za najcięższe przestępstwa.

Dlaczego? A co z odbyta kara? Rozgrzeszam Cię Weroniko:)

Bardzo przejmująca książka

G
Gość

Z innych artykułów wynika ze 3wspolniczka rzekomy Marcin była majetna wiec coś tu nie gra

K
K
Czyżby pisała to osoba z manipulowania przez "Marcina"
s
spokojny
Jeżeli ktoś jest skazany prawomocnym wyrokiem za najpoważniejsze przestępstwo, jakim jest zabójstwo, to nie powinien czerpać z tego korzyści w postaci zysków z pisania książek. Nie powinien udzielać wywiadów i budować w ten sposób swojej popularności. Żądam wprowadzenia odpowiednich przepisów i apeluję do mediów oraz wydawnictw o niepodpisywanie umów z przestępcami skazanymi za najcięższe przestępstwa.
Wróć na i.pl Portal i.pl