Prof. Rafał Chwedoruk: Co wyniki wyborów mówią o przyszłości polskiej sceny politycznej

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Premier Donald Tusk i prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski  w sztabie wyborczym Koalicji Obywatelskiej w Warszawie 
PAP/Leszek Szymañski
Premier Donald Tusk i prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski w sztabie wyborczym Koalicji Obywatelskiej w Warszawie PAP/Leszek Szymañski PAP
Jakie konsekwencje mają wyniki wyborcze dla PiS, Koalicji Obywatelskiej, Trzeciej Drogi i Lewicy. Jakie strategie mogą przyjąć te partie w obliczu nowych wyzwań i jakie znaczenie mają osiągnięte rezultaty - o tym mówi prof. Rafał Chwedoruk.

Koalicja Obywatelska z wynikiem 38, 2 procent wygrywa wybory do Parlamentu Europejskiego. Co przesądziło o zwycięstwie? Jaką rolę odegrał tutaj lider? Spodziewał się pan że to właśnie KO wygra te wybory?

Jeśli chodzi o wysoki wynik, to tak, ponieważ Platforma Obywatelska zawsze dobrze wypadała w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Mało kto dzisiaj pamięta, że równo dekadę temu, w czasach kiedy Platforma była już pogrążona w strukturalnym kryzysie, zdołała wygrać z PiS-em w wyborach do Parlamentu Europejskiego. To było zresztą ostatnie zwycięstwo Platformy nad PiS-em. Stabilny i wysoki wynik, bez względu na to, czy Platforma zajęła pierwsze, czy drugie miejsce, nie był zaskoczeniem. Dziś to, co dzieje się dobrego i złego w rządzie, idzie na konto Platformy Obywatelskiej, a notowania tego rządu są względnie stabilne. Zwycięstwo na pewno wzmacnia pozycję Donalda Tuska, choć podlega ona pewnej stabilizacji, ale bez tendencji rosnącej. Teraz z całą pewnością da to premierowi Tuskowi możliwość dalszego przetasowywania kart wewnątrz Platformy, osłabiania polityków, których mógłby postrzegać jako potencjalnych uczestników jakiegokolwiek niezależnego od obecnego kierownictwa nurtu. Wyniki wyborów do sejmików bardzo umocniły Rafała Trzaskowskiego wewnątrz Platformy. Gdyby Platforma zajęła drugie miejsce w tych wyborach, to krótkoterminowo niczego nie zmieni. Natomiast w kontekście nadchodzących wyborów prezydenckich byłby to kolejny sygnał, że to Rafał Trzaskowski miałby być nadzieją, miałby być tym który przyciągnie nowych wyborców także z innych partii koalicyjnych. Niemniej Donald Tusk sprawdza się w roli lidera głównej partii rządzącej, ale nie do końca jest liderem całej koalicji.

PiS-owi bardzo im zależało na tym żeby zająć to pierwsze miejsce. Dlaczego?

PiS musi czymś zapewniać przyszłość swoim wyborcom. Nie może tego zapewniać środkami materialnymi, jak to było w czasie sprawowania władzy. Musi wlewać optymizm w swoje zaplecze, zwłaszcza w sytuacji, w której sondaże, jak wcześniej wspomniano, są na poziomie nie dającym szansy na sprawowanie władzy. Otrzymanie statusu partii nr 1 byłoby sukcesem tylko w wymiarze symbolicznym, ale byłby to jakikolwiek sukces. Jarosław Kaczyński mógłby kontynuować program przywracania pełnej kontroli nad swoją formacją – kontroli, którą po 15 października zaczął tracić. Uruchomiły się różne środowiska, chcące zwiększenia swojej partycypacji w kierowaniu całą formacją. Uaktywnił się ośrodek prezydencki, uaktywniali się ziobryści. Powtórzenie sukcesu w sejmikach wojewódzkich wzmocniłoby słabnącą pozycję Jarosława Kaczyńskiego i głównego nurtu, przede wszystkim w kontekście kontroli nad tym, kto będzie następcą prezesa PiS-u.

Ale tak się nie stało. Pis zdobył 33,9 procent. Jak to drugie miejsce może wpłynąć na wybory krajowe, na prezydenckie w przyszłym roku?

Nie sądzę, żeby to miało proste przełożenie. Do czasu rozpoczęcia kampanii prezydenckiej upłynie jeszcze bardzo dużo politycznej wody w Wiśle, Odrze i Bugu.

Zwłaszcza że chyba PiS nie ma kandydata na prezydenta?

PiS póki co nie ma kandydata, a wynik tych wyborów bezpośrednio nie ma żadnego znaczenia. Pośrednio jedynie pokazuje, czy strategia konsolidacji partii, zamykania się i hermetyzacji działa, czy też PiS będzie skazany na ryzykowny eksperyment w wyborach prezydenckich. Myślę, że w większym stopniu dynamika zmian w gospodarce kraju oraz perspektywa elekcji Donalda Trumpa będzie miała dla PiS większe znaczenie aniżeli sam wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego. Wynik tych wyborów może mieć większe znaczenie, jeśli chodzi o rozgrywki wewnątrz partii między różnymi frakcjami i nurtami. Widzimy, co się dzieje obecnie z ziobrystami na kanwie sprawy Funduszu Sprawiedliwości. W długofalowym wymiarze, zarówno dla PiS, jak i dla Platformy, nie jest to kwestia „być albo nie być”.

Co zapamiętamy z kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego? Była partia, która wniosła coś nowego do tej kampanii, nadała wiodący temat?

Niczego takiego nie było. Egzystujemy w realiach stabilnego systemu partyjnego. Jeśli spojrzymy na systemy wielopartyjne w Europie, to jesteśmy jednym z najstabilniejszych państw. W związku z tym musi się dziać niewiele, a wydarzenia średniej rangi musiałyby urosnąć do statusu znaczącego przełomu. Jeśli coś będzie pamiętane z tej kampanii, to powiedziałbym, że jest to histeria wojenna oraz absurdalne wręcz licytowanie się pomiędzy głównymi partiami, kto jest cichym sojusznikiem Rosji, a kto nie. Mało to poważne i w istocie służące wszystkiemu, tylko nie interesowi państwa i jego wizerunkowi. Na szczęście opinia publiczna jest na to już znieczulona i nie bierze tego wszystkiego na serio.

Żadna z głównych formacji politycznych nie zajęła się chyba czymś, co można by uznać za nowatorskie i przełomowe. Jeśli chodzi o strategię, to dla obu głównych formacji są to wybory, od których faktycznie nic nie zależy. Mają one tylko znaczenie ilościowe, a tylko te dwie partie dysponują zdolnością narzucenia tematów opinii publicznej. Pozostałe formacje muszą się dostosowywać, mimo że dla nich wybory są dużo ważniejsze. Mogą wpłynąć na przykład na ocenę kierownictwa przez członków partii, czy nawet zagrozić stabilnemu bytowi w systemie partyjnym. One muszą patrzeć na PiS i Platformę Obywatelską i zabierać głos w tych samych tematach co główne partie.

Sondaże w kampanii pokazywały, że PiS trzyma się mocno, choć nie był to już ten pułap jaki był wcześniej. Ale co z mniejszymi partiami?

W przypadku PiS rzeczywistość jest, rzekłbym, trochę słodko-gorzka. Poziomy poparcia były takie, które nie dawały żadnej rękojmi na większość mandatów w kolejnych wyborach sejmowych. Długoterminowo może to wpłynąć na morale tej partii i nie najlepiej na nie oddziaływać. Jeśli chodzi o mniejsze ugrupowania, na przykład Konfederację, to dla nich ta kampania teoretycznie mogłaby być swoistą trampoliną. Często wybory o niższej frekwencji dają mniejszym, radykalnym ugrupowaniom szansę na lepsze wyniki. Jednak struktura elektoratu Konfederacji, zdominowana przez najmłodsze pokolenie, czyniła te wybory trudniejszymi. To nie jest Liga Polskich Rodzin, która miała wyborców podobnych do dzisiejszego PiS. Jak pokazuje geografia wyborcza, wielu wyborców PiS-u kiedyś należało do kręgu zwolenników LPR. W przypadku Konfederacji utrzymywanie stabilnej pozycji jest horyzontem. Podobnie jest w przypadku Lewicy, gdzie w strukturze elektoratu coraz mniejszą rolę odgrywa tradycyjny elektorat SLD, a coraz większą najmłodsi wyborcy, którzy dopiero uczą się polityki. Dla Lewicy ważnym byłoby utrzymanie wyniku 8 procent. To byłby sukces. Wynik niższy niż 8 procent może wywołać nacisk na zmiany personalne, choć bardziej prawdopodobne jest, że dotknie to Roberta Biedronia niż Włodzimierza Czarzastego. Biedroń postawił na szali swoją pozycję polityczną. Ale to w przypadku Trzeciej Drogi sytuacja jest najciekawsza. Ma ona bardzo eklektyczny elektorat. Niższy niż 10 procent wynik Trzeciej Drogi sprawi, że formacja ta będzie musiała zastanowić się nad sensem dotychczasowej strategii. Szymon Hołownia nie jest obecny bezpośrednio w kampanii, a jego mit przestaje oddziaływać na opinię publiczną. To będzie najciekawszy element do obserwacji, bo mowa o trzeciej największej partii.

Zaraz porozmawiamy o tym bardziej szczegółowo, ale chcę jeszcze wrócić do kampanii - czy w ogóle widać było, jakie znaczenie w tej kampanii miały media społecznościowe, jaka innowacyjność została wprowadzona i czy w ogóle korzystano z nowych technologii w tej kampanii?

Tak naprawdę uprawianie polityki w szerszym wymiarze polega na umiejętności docierania do bardzo różnych grup różnymi drogami, odmiennymi kanałami komunikacji. W tej materii nie działo się tutaj absolutnie nic nowego. Można tylko zastanawiać się, czy dwie główne partie były bardzo mocno zdeterminowane i zmobilizowane w tej kampanii – można mieć co do tego pewne wątpliwości. Wszystkie partie, bez względu na strukturę elektoratu, zmagały się w tej kampanii ze słabszym zainteresowaniem wyborców. To, co się dzieje w krajowej polityce, sprawia wrażenie, że kampania wyborcza odbywała się obok kluczowych segmentów elektoratu, takich, które mogłyby zmienić preferencje.

Z czego to wynika? Czy wyborcy nie wierzą w siłę Parlamentu Europejskiego i jego zdolność sprawczą?

Po pierwsze, patrzymy na wszystko przez pryzmat 15 października i ówczesnej sekwencji wydarzeń, która będzie bardzo trudna do powtórzenia w jakichkolwiek wyborach. Wiadomo, że w tych do Parlamentu Europejskiego było to niemożliwe. W związku z tym wszystko karleje w oczach wyborców na tle tego, co się wówczas stało. Po drugie, żyjemy w bardzo stabilnym systemie partyjnym i wyborcy chyba wiedzą, że w istocie niewiele się zmieni. Po trzecie, Parlament Europejski nie jest do końca parlamentem, do jakiego przywykliśmy na poziomie krajowym, i stąd trudno wielu wyborcom znaleźć prostą korelację pomiędzy swoim życiem codziennym a wynikami wyborów do Parlamentu Europejskiego. To z całą pewnością nie sprzyjało frekwencji i zainteresowaniu.

W tej kampanii, podobnie jak wcześniej, pojawiały się wątki wewnątrzkrajowe, a nie zewnętrzne. Warto to porównać z innymi krajami, na przykład z tym, co się dzieje we Francji i w Niemczech, a co może być istotnym sygnałem dla głównych decydentów w Europie Zachodniej. Klęska reprezentującej francuski establishment partii Macrona w starciu z ultraprawicą będzie wstrząsem. W Niemczech natomiast wynik powyżej pięciu procent listy byłej polityczki Lewicy Sary Wagenknecht także może stać się sygnałem daleko idących zmian. U nas natomiast na nic takiego absolutnie się nie zanosi i nie sądzę, żeby to sprzyjało ponad normalnemu zainteresowaniu kampanią.

Trzecia Droga zajmuje czwarte miejsce – przegrywa z Konfederacją.

Najważniejszy dla Trzeciej Drogi był poziom poparcia – na ile z tych 14 procent, które towarzyszyły ostatnim wyborom, udało się utrzymać.

Niewiele. Dostali 8, 2 procent, a Konfederacja 11,9.

Myślę, że dla Trzeciej Drogi wynik już powyżej 10 procent oznaczałby pewną stabilizację i dawał horyzont czasowy na przygotowanie nowej strategii. Wynik niższy, bez względu na to, które to miejsce, to bardzo mocny sygnał ostrzegawczym dla tej formacji. Wynik Trzeciej Drogi może mieć znaczenie w kontekście ambicji prezydenckich Szymona Hołowni. Niski wynik oznacza, że wobec stabilizacji PiS-u i Platformy na względnie wysokim poziomie, Trzecia Droga nie ma czego szukać. W wyborach prezydenckich będzie musiała wymyślić coś absolutnie nowego, uderzyć w któryś z dwóch głównych podmiotów, aby Szymon Hołownia miał realne szanse na walkę o prezydenturę.

Dobry wynik Konfederacji to nie jest dla Pana zaskakujące?

Do pewnego stopnia jest zaskakujące. Moim zdaniem wynik Konfederacji zależał przede wszystkim od kaprysów dominującej młodszej części elektoratu oraz od kontekstu relacji polsko-ukraińskich. Rok temu kryzysy związane z rynkiem zboża i w mniejszym stopniu z rynkiem transportu oraz polityka ukraińska względem Polski dodawały Konfederacji dodatkowych sił w sondażach. Kiedy te kwestie się wyciszyły, formacja wróciła do naturalnego poziomu. W jej przypadku ten symboliczny wymiar był bardzo istotny i wskazuje kierunki, w które Konfederacja może zmierzać – na ile może konkurować z PiS-em, a na ile struktura jej elektoratu będzie kierowała ją w zupełnie inną stronę. To także wyraźnie widać w wewnętrznym wielogłosie tej formacji.

Lewica z wynikiem 6,6 procent. Z jakim wynikiem miałaby powody do zadowolenia?

Jak wspominałem wcześniej, gdyby Lewica osiągnęła wynik w okolicach ośmiu procent, mogłoby to zostać pozytywnie zinterpretowane. Natomiast wynik poniżej tej granicy to kolejny sygnał alarmowy, który może znaleźć odzwierciedlenie w debatach, a być może także w przetasowaniach personalnych. Z całą pewnością będzie miał wpływ na pozycję w koalicji rządzącej. Wynik poniżej oczekiwanego może wzmocnić nacisk na Lewicę w tej materii. Będzie to oznaczało, że Lewica będzie musiała rozważyć poszerzenie swojego elektoratu. Te wybory są dla Lewicy istotne, gdyż z reguły przynosiły jej niezłe wyniki – zarówno gdy startowała sama, jak i w ostatnich wyborach na listach Platformy, gdzie rzeczywiście zyskała ponad standardowo w stosunku do oczekiwań, pokazując dość dużą konsolidację elektoratu Lewicy.

od 7 lat
Wideo

Jak politycy typują wyniki polskiej reprezentacji?

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Pol
Mówią, że pojawiła się nowa siła, a donald może się pakować do brukseli. Za jego rządów sam zwiał za pracą:-) agent niemiecki.
Wróć na i.pl Portal i.pl