Putin boi się popularności generałów. Wojna z Ukrainą zrodzi wojskowy pucz?

Grzegorz Kuczyński
Grzegorz Kuczyński
Narada Władimira Putina z kierownictwem Sił Zbrojnych FR
Narada Władimira Putina z kierownictwem Sił Zbrojnych FR Fot. kremlin.ru
Udostępnij:
Nie raz w historii bohater wojny na fali popularności brał władzę w kraju. Tego zapewne boi się Władimir Putin. Dlatego personalia i informacje dotyczące rosyjskiej generalicji zaangażowanej w wojnę z Ukrainą są utajniane. Kreml nie chce, by któryś dowódca stał się bohaterem Rosjan, tym bardziej że w kraju rośnie poparcie wojny „do zwycięskiego końca” i walczącej z Ukraińcami armii.

– Jestem oczywiście Naczelnym Wodzem, ale nie ukończyłem przecież Akademii Sztabu Generalnego. Ufam tym ludziom, którzy są profesjonalistami. Działają tak, jak uważają za stosowne, aby osiągnąć ostateczny cel – powiedział dziennikarzom Władimir Putin w środę, 29 czerwca, po wizycie w Aszchabadzie. W rzeczywistości prezydent za grosz nie ufa generałom, często samodzielnie podejmuje decyzje, a przede wszystkim dba o to, by żaden z dowódców nie wyróżnił się na wojnie na tyle, by jego nazwisko zapadło w pamięci Rosjanom, których ponad 80 proc. wojnę z Ukrainą popiera. Putin nie chce, żeby jedną z konsekwencji wojny z Ukrainą było pojawienie się w przestrzeni publicznej kogoś w rodzaju marszałka Gieorgija Żukowa, bohatera wojny z Niemcami, czy generała Aleksandra Lebiedzia, bohatera konfliktów z początku lat 90. XX w. Ten pierwszy wszak odegrał ważną rolę w usunięciu Ławrentija Berii, zaś drugi miał ambicję stać się „silnym” następcą Borysa Jelcyna.

Czy leci z nami pilot?

Paranoja Putina na punkcie możliwego zyskania popularności przez generałów na ukraińskim froncie jest tak duża, że rosyjskie media nie informują nawet, kto dokładnie, gdzie i jak dowodzi wojskami na Ukrainie. W pierwszej fazie kampanii dowódców było podobno kilku, każdy odpowiadał za inny odcinek frontu. Ale okazało się, że blitzkriegu nie będzie. Rosjanie wycofali się z północy i północnego wschodu Ukrainy, skupiając siły na Donbasie. W kwietniu źródła BBC News podały, że generalne dowództwo nad wojskami rosyjskimi działającymi na Ukrainie zostało przekazane generałowi armii Aleksandrowi Dwornikowowi, który stoi na czele Południowego Okręgu Wojskowego. Zaznaczono wówczas, że generał miał „duże doświadczenie w operacjach w Syrii”. Nie minęło jednak dużo czasu, a zespół Conflict Intelligence Team, powołując się na swoje źródła, podał, że na czele rosyjskiego zgrupowania wojsk stanął wiceminister obrony Giennadij Żidko, zaś Dwornikow został odsunięty.

Nawet sam minister obrony Siergiej Szojgu rzadko pojawia się publicznie w kontekście wojny. Krótko po rozpoczęciu inwazji przez trzy tygodnie nie pojawiał się publicznie, a na front pojechał po raz pierwszy dopiero w czerwcu. Podobnie rzecz się ma z szefem Sztabu Generalnego gen. Walerijem Gierasimowem. Innym przykładem polityki Putina potwierdzającej jego brak zaufania do generałów i chęć ograniczenia ich wpływów, jest sprawa dowództwa operacją mającą na celu zajęcia Łysyczańska i reszty obwodu Ługańskiego. Operacją dowodziło dwóch ludzi: generał-pułkownik Aleksandr Łapin, dowódca Centralnego Okręgu Wojskowego, oraz generał Siergiej Suworikin, dowódca Sił Powietrzno-Kosmicznych, odpowiadający również za rosyjskie zgrupowanie na południu Ukrainy (jako młodszy oficer wojsk pancernych prowadził czołgi na pokojowych demonstrantów w Moskwie w sierpniu 1991).

Buława w plecaku

W latach 90. XX w. generałowie mogli mieć znaczący wpływ na sytuację polityczną, wykorzystując swoją popularność zdobytą w czasie różnych konfliktów, wtedy przede wszystkim wojen z Czeczenią. „Teraz taka postać mogłaby powiedzieć: zaatakujmy Kijów ze wszystkich sił. Albo odwrotnie – czas pomyśleć o pokoju. Wielu posłuchałoby takiego generała. Nikt tego nie potrzebuje na Kremlu. A niższych oficerów i żołnierzy jest masa – to nie są główne postacie, można o nich mówić bez końca” – podkreśla rozmówca niezależnego portalu Meduza.

To jedno z trzech źródeł Meduzy, bliskich administracji prezydenckiej, które powiedziały, że Putin obawia się, iż niektórzy rosyjscy generałowie mogą stać się „zbyt popularni” podczas wojny na Ukrainie. Z tego powodu kontrolowane przez rząd media prawie nie informują o działaniach najwyższego dowództwa wojskowego na froncie. Jednocześnie w biuletynach informacyjnych na kanałach federalnych regularnie pojawiają się opowieści o „wyczynach” szeregowych, młodszych i średnich oficerów. Generałowie, w najlepszych przypadkach, stają się uczestnikami opowieści o nagradzaniu żołnierzy za „wypełnianie zadań postawionych przez naczelnego dowódcę” lub otrzymują nagrody od samego prezydenta.

Tak jak generał-pułkownik Aleksandr Łapin i generał-major Esedułła Abaczew, którzy otrzymali tytuły Bohatera Rosji. Z rozmowy Putina z ministrem obrony Siergiejem Szojgu wynika, że za „przejęcie kontroli” przez Rosję na początku lipca nad obwodem ługańskim. Łapin jest dowódcą Centralnego Okręgu Wojskowego i zgrupowania wojsk Centrum, które brało udział w zajęciu regionu. Wiosną zwrócił uwagę dziennikarzy wręczając własnemu synowi nagrodę za odwagę i męstwo – za „wyzwolenie” obwodu czernihowskiego i to w dniu, w którym Rosja ogłosiła wycofanie się stamtąd. Esedułła Abaczew jest wymieniony w oświadczeniu Putina jako zastępca dowódcy 8. Armii Południowego Okręgu Wojskowego, ale nieoficjalne źródła nazywają go szefem 2. Korpusu Armijnego samozwańczej Milicji Ludowej tzw. Ługańskiej Republiki Ludowej. W rozkazie o przyznaniu nagrody napisano, że Lapin i Abaczew otrzymali nagrody za „odwagę i bohaterstwo wykazane podczas wykonywania obowiązków wojskowych”, ale dokument nie precyzuje, na czym dokładnie polegała ta odwaga i bohaterstwo.

Putin zna historię

Jak podkreśla portal Meduza, Putin doskonale pamięta lata 90. XX w. i nie chce, żeby w kraju pojawił się „drugi generał Lebiedź”. Generał broni Aleksandr Lebiedź w trakcie swojej kariery wojskowej dowodził m.in. 106. Dywizją Powietrznodesantową, która brała udział w tłumieniu protestów w Tbilisi w kwietniu 1989 r. i w Baku w styczniu 1990 r. oraz pełnił funkcję dowódcy 14. Armii rozmieszczonej w Naddniestrzu. Z udziałem Lebiedzia udało się zamrozić konflikt w Naddniestrzu, a Mołdawia i władze nieuznawanej republiki zawarły rozejm. W 1994 roku generał (który w tym czasie stał się już popularny w Rosji) nazwał wprowadzenie wojsk rosyjskich do Czeczenii "głupotą" i wszedł w konflikt z ministrem obrony Rosji Pawłem Graczowem. W 1995 roku Lebiedź podał się do dymisji i rozpoczął karierę polityczną. W 1996 roku kandydował na prezydenta i zajął trzecie miejsce z 14,7 proc. głosów. W drugiej turze poparł prezydenta Borysa Jelcyna i w zamian otrzymał stanowisko szefa Rady Bezpieczeństwa Rosji. W tym charakterze generał podpisał z przywódcami Czeczenii porozumienia pokojowe w Chasawjurcie (1996). W 1998 roku Lebiedź został wybrany na gubernatora obwodu krasnojarskiego. Dwa lata później władzę na Kremlu przejął czekista Putin, który nigdy nie krył niechęci do wojskowych. W czasach, gdy był dyrektorem FSB, służba ta inwigilowała generała Lwa Rochlina. Najprawdopodobniej to Putin zorganizował zabójstwo popularnego wojskowego zagrażającego jelcynowskiej Familii (1998). W 2002 roku zginął zaś Lebiedź (w wypadku helikoptera).

Oprócz Lebiedzia, w czasie kampanii czeczeńskich do rangi generałów doszli Gennadij Troszew, Władimir Szamanow, Wiktor Kazancew i Konstantin Pulikowskij. Były to osoby publiczne, które często pojawiały się w wiadomościach i były dość niezależne w swoich działaniach. Szamanow wybrał również karierę polityczną, w 2000 roku został wybrany na gubernatora obwodu uljanowskiego. Troszew w 2002 roku publicznie odmówił wykonania polecenia ówczesnego ministra obrony Siergieja Iwanowa o mianowaniu go dowódcą Syberyjskiego Okręgu Wojskowego; został zdymisjonowany jako dowódca Okręgu Północno-Kaukaskiego, ale później został prezydenckim doradcą do spraw kozackich. Kazancew i Pulikowskij zaś otrzymali stanowiska wysłanników prezydenta w okręgach federalnych.

Pucz potrzebuje twardego lidera

– Wystarczająco dużo Rosjan popiera 'operację'. Jeśli jakiś generał byłby stale w mediach, pojawiał się często w wiadomościach, nieuchronnie stałby się popularny. Stałby się autorem zwycięstw. Nie wiadomo, do czego taka popularność wśród zwolenników wojny mogłaby doprowadzić – mówi Meduzie jeden z anonimowych informatorów. Tym bardziej, że wśród zwolenników wojny coraz silniejsze jest skrzydło radykalne. Co może niepokoić Kreml, to ludzie bliscy kręgom wojskowym.

W Rosji nieformalnie tworzy się wpływowa grupa, która ma autorytet wśród „proputinowskiej większości”, a jednocześnie pozwala sobie czasem na krytykę rządu. Są to ci, którzy bezpośrednio lub pośrednio angażują się w wojnę: korespondenci wojenni, propagandyści telewizyjni, przywódcy prorosyjskich „milicji” z Donbasu, ochotnicy i tym podobni. Żądają prowadzenia wojny aż do zwycięskiego końca i podkreślają szacunek przede wszystkim dla wojska (co niespecjalnie podobać się musi czekistom i Kremlowi). Niewątpliwie wielu z nich – mowa o ekspertach, weteranach i różnych popularnych kanałach na Telegramie – było a może i wciąż jest pod pewną kontrolą władz. Jednak po inwazji na Ukrainę i szczególnie początkowych klęskach na północy tego kraju, ta „partia wojny” coraz mocniej krytykuje działanie władz. Wszelkie rozmowy z Ukrainą (jak choćby te marcowe w Turcji) nazywa zdradą, wzywa do mobilizacji powszechnej i krytykuje poszczególne decyzje dowódców na froncie. Reżim reaguje cenzurą, co z kolei wzburzyło szereg korespondentów wojennych. A jak wiadomo, w Rosji większość takich „dziennikarzy” ma drugi etat: w GRU. To, że śmieją krytykować politykę władz, może budzić na Kremlu niepokój o lojalność wywiadu wojskowego, który już i tak bardzo ta wojna umocniła kosztem FSB, czyli służby największej i najbliższej Putinowi.

W ten sposób prezydent staje się mimowolnie zakładnikiem radykałów. Podobnie, choć na mniejszą skalę, było w latach 2014-2015. Wtedy aparat bezpieczeństwa poradził sobie z nacjonalistami, którzy urośli w siłę, popierając rebelię w Donbasie, a nawet biorąc w niej udział. Część z takich ludzi wylądowała nawet w więzieniu (działacze Artpodgotowki), inni zostali zlikwidowani (np. Aleksandr Zacharczenko), resztę wzięto pod ścisłą kontrolę (np. Igor Girkin vel Striełkow). Teraz może nie być to już tak łatwe. Jeśli Kreml w pewnym momencie uzna, że należy np. zamrozić konflikt czy zacząć serio rozmawiać z Kijowem i Zachodem, „partia wojny” uzna to za zdradę. Od tego niedaleko do buntu, szczególnie jeśli będą temu sprzyjały warunki polityczne, ekonomiczne i socjalne w Rosji. Wtedy „silny generał”, „bohater wojny z banderowcami” byłby idealnym kandydatem na wodza rebelii. Putin o tym doskonale wie.

mac

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Z
Zbigniew Rusek
Pucz by się w Rosji przydał, ale po to, by zaprzestano tej okrutnej wojny. Donbas nalezy się UKRAINIE, podobnie Krym!!!
Więcej informacji na stronie głównej Portal i.pl