Polityczne biczowanie, czyli o jedno słowo za dużo

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
BARTEK SYTA
Oskarżyć, obrazić, ośmieszyć, poniżyć. Niby wszystko już w polityce widzieliśmy, niby wszystko już słyszeliśmy, tyle tylko, że okoliczności są inne. „Ekstremalnie niebezpieczne” - jak mówią niektórzy. I właśnie dlatego politycy powinni ważyć słowa. Tym bardziej że to oni o bezpieczeństwie mówią w ostatnich miesiącach najwięcej.

W ciągu ostatnich tygodni o niczym nie mówi się tak dużo, jak o bezpieczeństwie. Nie bez powodu zresztą: wojna w Ukrainie trwa, przed nami wybory do europarlamentu, eksperci nie mają wątpliwości: Rosja zrobi wszystko, aby jego kształt był dla niej jak najbardziej korzystny. Bo to tu, w Brukseli, zapadają decyzje o pomocy dla Ukrainy, o sankcjach, o wszystkim, co może mieć wpływ na przebieg wojny za naszą wschodnią granicą. - Dzisiaj zadanie numer jeden to wybory do Parlamentu Europejskiego, to jest priorytetowe zadanie dla rosyjskiego i białoruskiego wywiadu w całej Europie. Chodzi o to, aby wprowadzić do europarlamentu jak najwięcej „swoich”, to jest dzisiaj ważne - mówił mi ostatnio Vincent V. Severski, pisarz, były oficer wywiadu PRL i RP - Jest stara szpiegowska zasada: jak coś pachnie ruskim, to to jest ruskie. W świecie szpiegów nie ma próżni. Jeśli mamy jakieś zjawisko, jakieś zdarzenie: polityczne, społeczne, to Rosjanie na pewno w nim siedzą, pytanie, w jakiej skali - dodał.

Mówił to w kontekście zagadkowych pożarów, które trawią w ostatnim czasie Polskę i Finlandię, serii wypadków kolejowych w Szwecji - one nie muszą być przypadkowe. Rosja od miesięcy prowadzi walkę hybrydową, atakuje państwa Unii Europejskiej w cyberprzestrzeni, przeprowadza przeróżne akcje dywersyjne i sabotażowe. Nie mówimy o domysłach, ale o faktach. - Mamy w tej chwili dziewięciu aresztowanych z postawionymi zarzutami, którzy zaangażowali się bezpośrednio na zlecenie rosyjskich służb w akty sabotażu w Polsce - mówił w TVN24 premier Donald Tusk. - Mówimy o wynajętych ludziach, czasami są to ludzie ze świata przestępczego. Dotyczy to zarówno obywateli ukraińskich, białoruskich, jak i polskich. Ta sprawa nie ma charakteru narodowego - dodał.

Chodzi o to, aby w krajach szeroko rozumianego Zachodu wprowadzić zamęt, chaos, strach. Skłócić ze sobą ludzi, osłabić instytucje państwa - to jedno z głównych zadań rosyjskiego wywiadu.

- Musimy sobie powiedzieć jasno: czasy, w których żyjemy, wymagają od każdego z nas wielkiej odpowiedzialności. (…) Podział na dwie Polski, walczące ze sobą na śmierć i życie, polaryzacja, eskalacja agresji - na krótką metę może i służą tej czy innej partii, ale w długim terminie wykrwawiają nasz kraj, zamiast budować jego siłę - tłumaczył w swoim ostatnim orędziu marszałek Sejmu Szymon Hołownia. - Odbierają nam naszą największą broń - spoistość, umiejętność zjednoczenia, w czasach próby. Dzielenie Polski na agentów ruskich i agentów pruskich sprawia, że większość z nas nie ma już w niej swojego miejsca. Skutki polaryzacji są po prostu tragiczne. Polaryzacja rodzi radykalizm. Radykalizm rodzi chaos. Chaos osłabia nas względem zewnętrznych wrogów - zaznaczył. I dodał, że „ostudzenie dziś, teraz, natychmiast temperatury sporu to kwestia wagi państwowej. To sprawa naszego bezpieczeństwa”.

Więc niby politycy to wiedzą, wszyscy to wiemy, ale ci pierwsi, świadomie lub nie, przekraczają granice. Niczemu i nikomu to nie służy. Chociaż gdzieś tam, nie tak zresztą daleko, mogą słuchać i zacierać ręce. Przesada? Dwa programy publicystyczne z kilku ostatnich dni. Piętnastego maja w studiu Polsat News zaproszeni goście rozmawiali między innymi o pakcie migracyjnym. Spierali się Krzysztof Śmiszek, poseł Lewicy i Waldemar Buda, poseł PiS. - Pan Śmiszek wie, co mówi, bo jego mąż czy żona - pan Biedroń - głosował za paktem migracyjnym - powiedział Buda. Śmiszek i Robert Biedroń, europoseł Lewicy, są partnerami od ponad 20 lat.

- Jest pan po prostu kretynem, homofobem i nie powinien pan występować w przestrzeni publicznej - ocenił Śmiszek. Prowadząca Agnieszka Gozdyra zażądała od Budy przeprosin wobec Śmiszka.

- Przepraszam - jeżeli dla pana to słowo jest problemem, to nie ma problemu - stwierdził poseł PiS. „Brak dosłownie słów na zachowanie Waldemara Budy, kretynizm do kwadratu, obrzydlistwo” - napisała na platformie X (dawniej Twitter) wiceministra kultury Joanna Scheuring-Wielgus. „To, co powiedział właśnie Waldemar Buda do ministra Krzysztofa Śmiszka w Polsat News, jest przejawem strasznego chamstwa i prostactwa. Dziadostwo” - stwierdził z kolei poseł Lewicy Tomasz Trela. Później Śmiszek skomentował sytuację w mediach społecznościowych. Podziękował za „morze słów wsparcia”. „Choć jest 2024 r. to czasami czujemy się z tym obrzydliwym językiem jak w latach 90-tych. No cóż. Zmiana nigdy nie przychodziła łatwo. Ale damy radę!” - napisał. W Sejmie reporter TVN24 Radomir Wit pytał Budę o jego słowa. - Bardziej mnie tam obrażano, niż ja obrażałem - przekonywał polityk. I powiedział, że „absolutnie nie” jest mu wstyd za tę wypowiedź.

- Hipokryzja i amok tych ludzi jest nieprawdopodobny. Dla mnie to było zwykłe pytanie, nikogo nie obrażało. (...) Terroryzm homofobiczny ze strony tego środowiska jest potworny. Pytania można zadawać, one nikogo nie obrażały - mówił poseł PiS. „Mąż czy żona” - tylko po co? Miało być śmiesznie? Dowcipnie? Nie można było zapytać normalnie? Kilka dni później, również w Polsacie, gośćmi Bogdana Rymanowskiego byli między innymi Przemysław Czarnek i wspomniany już wcześniej Robert Biedroń. W studiu zrobiło się gorąco, gdy zeszło na nowe rozporządzenie Rafała Trzaskowskiego, chodzi o zdjęcie krzyży w urzędach i zakaz eksponowania symboli religijnych na biurkach przez urzędników.

Ewa Zajączkowska-Hernik z Konfederacji stwierdziła, że działanie Trzaskowskiego ma charakter polityczny. Pokazała zdjęcie flagi LGBT, która miała być wywieszona na krakowskim magistracie. Zwróciła się też do Roberta Biedronia, mówiąc, że jest to symbol ideologii. Jeden wielki krzyk, każdy miał coś do powiedzenia.

- To nie jest ideologia, to są ludzie - mówił Biedroń. Zajączkowska-Hernik zapytała Biedronia, czy ci, którzy nie podporządkowują się pewnej ideologii, nie mogą czuć się dyskryminowani. Biedroń zaczął mówić, że jeszcze niedawno „30 proc. naszego kraju to były strefy wolne od LGBT”. - Pan kłamie - oburzył się Przemysław Czarnek. - Nie ma takich stref. Łapy precz od polskich samorządów - krzyczał. Biedroń dalej mówił o „strefach wolnych od LGBT”, dodał, że wcześniej w historii były też strefy wolne od Żydów. - Kłamie pan. Kłamał pan Staszewski. Kłamaliście bezczelnie na temat Polski. Łapy precz od polskich samorządów! Nie było i nie będzie takich stref - odpowiedział mu Czarnek. - Człowieku, puknij się w głowę. Nigdy w Polsce nie było stref wolnych od LGBT - dodał.

- Za panem stoi ideologia nienawiści - odpowiedział mu polityk Lewicy. Po kolejnych słowach o „strefach wolnych od LGBT”, Czarnek rzucił do Biedronia: „Zdegenerowany człowieku, nie kłam”. Tu zareagował Paweł Zalewski. Zwrócił się do Czarnka. - Posunął się pan za daleko. Obraził pan człowieka. Jeżeli mam dalej uczestniczyć w tym programie, to bardzo proszę, aby pan przeprosił - stwierdził. - Niech pan nie udaje filozofa i etyka, niech pan siada i dyskutuje. Wycofuję się ze swoich słów. Wystarczy panu? - powiedział Czarnek.

Zalewski wstał i wyszedł ze studia. Komu i czemu miała służyć ta awantura? „Zdegenerowany”? Słownik Języka Polskiego - zdegenerować: spowodować upadek moralny, ideowy, spowodować zwyrodnienie biologiczne. Na pewno o to chodziło? Oskarżyć, obrazić, ośmieszyć, poniżyć. Niby wszystko już w polityce widzieliśmy, niby wszystko już słyszeliśmy, tyle tylko, że okoliczności są inne. „Ekstremalnie niebezpieczne” - jak mówią niektórzy.

Druga strona też nie przebiera w słowach. Sytuację zaogniła sprawa byłego już sędziego Tomasza Szmydta, który uciekł na Białoruś i jest najprawdopodobniej rosyjskim i białoruskim szpiegiem. Przypomnijmy: Szmydt, absolwent Wydziała Prawa Filii Uniwersytetu Warszawskiego, w 2018 roku został zatrudniony w nowej Krajowej Radzie Sądownictwa, jako szef Biura Prawnego, ponoć dzięki ministerialnym kontaktom swojej ówczesnej żony Emilii Szmydt. Kiedy rok później okazało się, że sędziowie skupieni wokół ówczesnego wiceministra sprawiedliwości w resorcie Zbigniewa Ziobry Łukasza Piebiaka oczerniali i kompromitowali przeciwników „dobrej zmiany”, Szmydt stracił stanowisko. Hejtowaniem zajmowało się około dwudziestu sędziów związanych z Prawem i Sprawiedliwością, wśród nich także sędzia Szmydt. I tu znowu pojawia się nazwisko jego byłej żony. To ona pod pseudonimem „Mała Emi” była jednym z najaktywniejszych internetowych trolli atakujących posłów opozycji i sędziów krytykujących PiS. Przy aktywnym wsparciu męża zresztą. Potem „Mała Emi” pomogła ujawnić cały proceder.

Także Tomasz Szmydt w 2022 roku zdecydował się opowiedzieć o szczegółach afery w programie „Czarno na białym” TVN24 i na zamkniętym posiedzeniu sejmowej komisji sprawiedliwości. Zdradził, że hejterska grupa o nazwie „Kasta” działała na WhatsAppie, tam sędziowie tworzyli kompromitujące treści na temat swoich kolegów krytycznych wobec zmian wprowadzanych przez PiS w wymiarze sprawiedliwości.

Nie ulega wątpliwości, że Szmydt awansował za rządów Prawa i Sprawiedliwości, nie ulega wątpliwości, komu mogła służyć afera hejterska. Zdaniem Vincenta V. Severskiego ona też „pachnie Kremlem”, a jeśli nawet nie - tam cieszyli się z niej najbardziej. Przecież znowu chodziło o to samo, żeby kogoś ośmieszyć, poniżyć, żeby podzielić środowisko sędziowskie. Może stąd tak zdecydowane kroki premiera Donalda Tuska, poprzedzone bardzo mocnymi słowami, dla niektórych - szokującymi. - Szmydt odwiedzał Białoruś, Ukrainę i nikt mu nie przeszkadzał, bo służby w tej sprawie zachowywały się jak sparaliżowane - zwrócił się do przedstawicieli poprzedniego rządu z sejmowej mównicy Donald Tusk i dodał, że „pod rządami PiS-u były ślepe i głuche, nie zauważały narastającego wpływu Rosjan na to, co dzieje się w Polsce”.

- Chcę was poinformować, że zarówno służby, prokuratura, jak i komisja, którą powołamy już w zgodzie z konstytucją, zbada bardzo precyzyjnie - nie przed kamerami, bez cyrków, bez festiwali medialnych - zbada bardzo dokładnie wpływy rosyjskie, białoruskie na rządy Zjednoczonej Prawicy. One nie podlegają dyskusji - podkreślił Tusk. Przypomniał, że ponad 30 lat temu „z tej mównicy, weteran polskiej polityki” Leszek Moczulski rozczytał akronim PZPR jako „Płatni Zdrajcy Pachołki Rosji”. Zaznaczył, że nazwa Partia Zjednoczonej Prawicy może być dokładnie tak samo odczytana. - Gdyby dzisiaj był tutaj pan Moczulski, to by patrzył w tę stronę i mówił: Płatni Zdrajcy Pachołki Rosji - ocenił Donald Tusk. Mocne? Bardzo. Co do komisji, o której wspomniał premier, wszystko stało się jasne we wtorek po posiedzeniu rządu, kiedy Donald Tusk poinformował, że wydał zarządzenie w sprawie powołania komisji do spraw badania wpływów rosyjskich i białoruskich na bezpieczeństwo wewnętrzne i interesy Rzeczypospolitej Polskiej w latach 2004-2024.

Przewodniczącym komisji został szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego, gen. Jarosław Stróżyk. Zespół będzie liczył od dziewięciu do trzynastu członków, których rekomendują ministrowie spraw wewnętrznych i administracji, minister koordynator służb specjalnych, minister obrony narodowej, minister kultury i dziedzictwa narodowego, minister finansów, minister spraw zagranicznych, minister aktywów państwowych i minister odpowiadający za informatyzację. - Będę oczekiwał pierwszego raportu na pewno po wyborach, żeby nie mieszać pracy komisji z kampanią wyborczą. Komisja będzie działała dyskrecjonalnie, nie będą to medialne przesłuchania, będą bez udziału mediów. Natomiast będziemy systematycznie informować o efektach pracy. Latem będziemy mieli pierwszy raport cząstkowy. Mam nadzieję, że do końca roku większość tych spraw, które bulwersowały opinię publiczną, znajdzie swój opis, niekoniecznie wyjaśnienie, bo to nie będzie komisja śledcza - zapowiedział szef rządu. Dodał, że efektem prac komisji „najprawdopodobniej będą wnioski do prokuratury i opinie, dlaczego zaniechano badania tych spraw w uprzednich latach.”

Wśród osób, które mogą być w zainteresowaniu komisji najczęściej pada nazwisko byłego ministra obrony. Donald Tusk w rozmowie z TVN24 mówił, w kontekście badania rosyjskich wpływów w Polsce, że „pętla informacji”, jakie są w tej sprawie gromadzone, „zaciska się wokół Antoniego Macierewicza”. Sam Macierewicz odniósł się do zarzutów Donalda Tuska w TV Republika. - Początkiem ataku Donalda Tuska był rok 1992, kiedy realizowałem lustrację - powiedział Macierewicz. - Lustracja była dla niego niedopuszczalną i od tego czasu atakował mnie i atakuje nieustannie - dodał. Padło pytanie o osoby z otoczenia Macierewicza, o których wspomniał premier Tusk. Pierwszą z nich był Leszek Sykulski, członek komisji weryfikacyjnej ds. WSI.

- Nie ja wybierałem członków komisji weryfikacyjnej, byli oni wybierani na poziomie premierowskim i prezydenckim - przekonywał Macierewicz, obciążając odpowiedzialnością za tę nominację obecnie rządzących.

Drugą osobą był emerytowany już płk Krzysztof Gaj. - Pan Krzysztof Gaj został do jednego z zespołów na chwilę wybrany, ale gdy tylko usłyszałem jego skandaliczną wypowiedź o Ukrainie, został przeze mnie wyeliminowany - tłumaczył były szef MON. Tyle że nie tylko Donald Tusk mówi o Macierewiczu. - Nigdy nie postawiłbym tezy, że PiS jest w jakiś sposób partią, która działa na zlecenie Moskwy, ale na pewno trzeba rozważyć, jaki był wpływ Rosjan na pewne decyzje. Czy wynikały one z obsesji politycznej jednego pana, czy obsesja polityczna była tylko przykrywką dla bardzo precyzyjnych działań służb specjalnych, bo wszystko działo się w przededniu wojny z Ukrainą - zaznaczył Marek Biernacki, szef sejmowej komisji do spraw służb specjalnych w rozmowie z Konradem Piaseckim.

Zapytany o Antoniego Macierewicza odparł, że „jest dużo jego decyzji, które służyły Rosji”. - To mogę powiedzieć. Mogły wynikać z pobudek politycznych, szaleństwa, ale tych decyzji było dużo - dodał. Widać wyraźnie, jaki temat na ostatniej prostej kampanii do europarlamentu będzie podkręcał emocje. Spoty wyborcze Prawa i Sprawiedliwości i Platformy Obywatelskiej też dużo mówią o tym, w jakim punkcie jesteśmy. Ten PO opatrzony jest podpisem „Największym sukcesem Rosji w Polsce jest PiS”. Słowa nawiązują do wypowiedzi byłego szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego gen. Piotra Pytla, który stwierdził, że „Rosja już tu jest. Jej największym sukcesem w Polsce jest PiS”. Na nagraniu pojawiają się wizerunki Władimira Putina i trupich czaszek. Jest i o Szmydcie, i o tym, że „sprawy wskazujące na narastające wpływy służb białoruskich i rosyjskich były zamiatane pod dywan”, o zablokowaniu przez rządy Zjednoczonej Prawicy inwestycji mające dozbroić polską armię. Pada też słynne już: „Płatni Zdrajcy Pachołki Rosji.”

PiS w swoim spocie też nie przebiera w słowach: uderza w Radosława Sikorskiego i jego słynny wpis o eksplozjach na Nord Stream, zarzuca Tuskowi chęć sprzedania Lotosu Rosjanom i ocieplenia relacji z Moskwą. „Donald, to ty potrafiłeś odbierać gratulacje z rąk Putina” - słyszymy. Jest też Aleksandr Łukaszenko, białoruski dyktator, który cieszył się ze zmiany władzy w Warszawie. „Przypadek?” - pyta lektor na nagraniu. Oba spoty spotkały się ze sporą krytyką. Ale też, gdyby nie chodziło o politykę a salę rozpraw, można by odnieść wrażenie, że słuchamy mów oskarżycielskich. O żadnym łączeniu nie ma mowy, o zachęcaniu do udziału w wyborach też nie. Chyba że zachętą ma być strach przed tym drugim. „Spoty wyborcze PiS i PO dzieli 36 minut, ale poza tym są z gruntu takie same. PO robi wrażenie, jakby nie zauważyła, że wygrała wybory i czas podjąć rywalizację pokazując nowe horyzonty , a nie wchodzić w buty poprzednika, żeby go skopać” - pisze Piotr Pacewicz, współzałożyciel i od 2016 roku redaktor naczelny OKO.press. I dalej: „Dwaj polscy premierzy, Tusk i Morawiecki, używając tych samych kart, uczestniczą w ryzykownej licytacji na polski lęk. I jego - nie daj Boże - konsekwencje.”

Wygląda na to, że temperatura sporu politycznego nie opada, nie opadają też emocje. Jest sprawą oczywistą, że pewne kwestie należy wyjaśnić - zwłaszcza że dotyczą one bezpieczeństwa państwa i wpływu na jego funkcjonowanie obcych służb. Jeżeli takie wpływy były: trzeba je pokazać, udowodnić, winnych postawić przed sądem albo wykluczyć z życia publicznego. Tu nie ma miejsca na pobłażanie czy zamiatanie problemu pod dywan. I właśnie dlatego politycy powinni ważyć słowa. Tym bardziej że to oni o bezpieczeństwie mówią w ostatnich miesiącach najwięcej.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Wydanie specjalne Gol24 - Studio EURO 2024 - odcinek 1

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Pol
24 maja, 7:37, gosc:

Był czas kiedy politycy poklepywali się i kurtuazyjnym słowom nie było końca.

Był czas kiedy tworzyły się nowe fikcyjne ugrupowania partyjne mające zmylić wyborców że jest coś nowego coś świeżego.

Efekt był taki że cały czas podobne gadające głowy uczestniczyły w polityce i ją kreowały.

Efekt tych działań był taki że ludzie praktycznie nie uczestniczyli w wyborach frekwencja była na poziomie 20%

Od kilkunastu lat zmieniło się kreowanie propagandy politycznej na bardziej stanowczą nie ustępliwą i brutalną w słowach ale to za mało po brutalnych słowach zaczęły się brutalne czyny od fizycznych napaści po liczne donosy w prokuraturze czego efektem są wyroki sądowe z wizją zamykania w więzieniach.

Efekty są takie że są ONI i MY i jedyny efekt pozytywny jest wysoka frekwencja w wyborach chociaż nadal mamy te same gadające głowy.

Nawet w śród przyjaciół i rodzinie już nie warto rozmawiać o poglądach politycznych bo się okaże że są ONI i jesteśmy MY

Wniosek- tylko pis. Bo gdyby konfederacja była mądra, to by się z pisem dogadali, nie ma innej metody na tfuska. Co potem, sam nie wiem..

g
gosc
Był czas kiedy politycy poklepywali się i kurtuazyjnym słowom nie było końca.

Był czas kiedy tworzyły się nowe fikcyjne ugrupowania partyjne mające zmylić wyborców że jest coś nowego coś świeżego.

Efekt był taki że cały czas podobne gadające głowy uczestniczyły w polityce i ją kreowały.

Efekt tych działań był taki że ludzie praktycznie nie uczestniczyli w wyborach frekwencja była na poziomie 20%

Od kilkunastu lat zmieniło się kreowanie propagandy politycznej na bardziej stanowczą nie ustępliwą i brutalną w słowach ale to za mało po brutalnych słowach zaczęły się brutalne czyny od fizycznych napaści po liczne donosy w prokuraturze czego efektem są wyroki sądowe z wizją zamykania w więzieniach.

Efekty są takie że są ONI i MY i jedyny efekt pozytywny jest wysoka frekwencja w wyborach chociaż nadal mamy te same gadające głowy.

Nawet w śród przyjaciół i rodzinie już nie warto rozmawiać o poglądach politycznych bo się okaże że są ONI i jesteśmy MY
Wróć na i.pl Portal i.pl