Grupa Wagnera - psy wojny w służbie Rosji. Zmieniają świat na gorsze. Kim są?

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński
Udostępnij:
Grupa Wagnera to pomysł Rosji na outsourcing agresywnych, podjazdowych działań wobec Zachodu czy realizację neokolonialnych celów w Afryce. To pomysł na prywatną armię, od której można się w razie problemów odciąć - wynika ze słów Zbigniewa Parafianowicza, dziennikarza zajmującego się tematyką międzynarodową. - Nie do końca profesjonalne, lecz brutalne, bezideowe oddziały, bez wielkiego rozgłosu, zmieniają świat na gorsze - pisze w swojej nowej książce „Prywatne armie świata” (wyd. Mando).

Po lekturze pańskiej nowej książki widać wyraźną zmianę w prywatnym sektorze wojskowym. O ile południowoafrykańska Executive Outcomes Eebena Barlowa wysyłająca najemników m.in. do Angoli, potem amerykańska Blackwater zajmująca się ochroną w Iraku, były przedsięwzięciami biznesowymi, to już pierwsze, ochotnicze i sponsorowane przez oligarchów bataliony walczące w Donbasie czy szyicki oddział Abu Azraela bijący się z ISIS to formacje działające poza kontrolą władz. No i mamy Grupę Wagnera. Czyli oddział, który de facto jest kolejnym rodzajem sił zbrojnych Rosji.
Grupa Wagnera jest prywatną firmą tylko z nazwy. To swego rodzaju amalgamat, kooperacja publiczno-prywatna w specyficznym, rosyjskim tego słowa znaczeniu. Mark Galeotti, analityk, który zajmuje się Rosją od lat, właściwie od upadku ZSRR, stworzył pojęcie „kryminternu”. Ono nawiązuje do międzynarodówki partii komunistycznych (Kominternu), a oznacza ścisły związek świata kryminalnego, oligarchicznego ze sferą państwa, służb specjalnych, różnego rodzaju klanów rządzących Rosją. Gdzieś w tym pojęciu jest też miejsce dla rosyjskich prywatnych armii, finansowanych przez oligarchiat, de facto z pieniędzy publicznych, które ten oligarchiat pozyskuje w ramach ustawionych przetargów. Jednak w zamian owe prywatne armie muszą realizować cele państwowe. Do tego zapewniają płynność przepływów finansów pomiędzy różnymi klanami oligarchicznymi w Rosji, zwłaszcza tymi najważniejszymi - prezydenta, szefa rządu, ministrów, szefów służb. To zupełnie inny rodzaj formuły prywatnych armii. Po drugiej stronie mamy przywołaną przez pana formację Abu Azraela. Podobne do niej oddziały określa się mianem non state actor. Z jednej strony trudno nazwać je prywatnymi armiami, niemniej batalion Abu Azraela ma wyznaczone pewne cele - religijne czy polityczne i funkcjonuje na obrzeżach irackiego państwa, będącego w znacznej mierze upadłym, pozbawionym skutecznej, sprawnej egzekutywy. W Rosji putinizm zakładał od początku restaurację egzekutywy, usprawnienie państwa, jego skuteczności i sprawczości. Można dokładnie wskazać etapy tej ewolucji - najpierw rozprawa z Jukosem i podział jego majątku, ponowne wyznaczenie ról dla oligarchów, reforma sił zbrojnych (odejście od dużych związków taktycznych na rzecz grup batalionowych, co było efektem analizy wojny w Gruzji), czy utworzenia farm internetowych trolli. Jednym z efektów tej restauracji jest Grupa Wagnera, konfederacja prywatnych armii realizujących cele państwowe. To pomysł na swego rodzaju outsourcing działań państwa na podmioty, od których można się w każdej chwili odciąć. Każda strona tej gry wie, w jakim jest układzie. Rosja jest przypadkiem szczególnym, nawet biorąc pod uwagę firmę Barlowa, która stanowiła inspirację przy tworzeniu Grupy Wagnera.

Rosja, wysyłając swoje prywatne wojska do Donbasu, na Krym, do Libii, Mali czy Syrii, deleguje działania agresywne, które poniekąd są przynależne regularnym siłom zbrojnym, Grupie Wagnera. Nosi to, wraz z farmami trolli, znamiona „światowej partyzantki”. Rosja, maskując swoje działania, chce postawić społeczność międzynarodową przed faktami dokonanymi, takim przemodelowaniem świata, którego bez ryzyka już się nie da odwrócić?
To trafna diagnoza. Kolejnym celem po restauracji egzekutywy jest próba powrotu Rosji do stołu, przy którym mogłaby ona zasiadać z największymi graczami światowymi, budowy imperium, stref wpływów, jak określa to Władimir Putin. To myślenie wskazujące na konieczność istnienia „russkogo mira” (rosyjskiego świata) czegoś, co powinno być pod pełną lub częściową kontrolą Kremla. W tym momencie Rosja nie jest na tyle silnym państwem, by wchodzić w starcia z dużymi graczami. Na to jest za słaba. Natomiast jest na tyle silna, by podejmować gry nieregularne, nieprzewidywalne - partyzanckie czy, modnie określając, hybrydowe. Wykorzystując wszystkie słabości współczesnego, zglobalizowanego świata, w którym wszystko niemal jest połączone. To w rosyjskiej doktrynie wojennej funkcjonuje równolegle do oficjalnych działań wojskowych. Mało tego, to dziś jest rosyjska specjalność, przynosząca bardzo dobre rezultaty.

Wyraźna w tym kontekście była aneksja Krymu i wszczęcie separatystycznych działań w Donbasie. A może i wojna w Gruzji z 2008 r.?To jest proces, który trwa od lat. Punktem krytycznym był rok 2004 i Pomarańczowa Rewolucja na Ukrainie. Dla Rosji zwycięstwa prozachodnich kandydatów w innych krajach dawnego ZSRR, np. w Gruzji, były trudne do zaakceptowania, ale nie były w optyce rosyjskich elit zagrożeniem fundamentalnym. Ale Ukraina to co innego. Po Pomarańczowej Rewolucji na Kremlu zaczęto zastanawiać się, co dalej, jak sobie z tym „pasztetem” poradzić. Odpowiedź była prosta - postawili na „paszportyzację” ludności Krymu, na prorosyjskie NGO-sy na Ukrainie, by móc choć część terytoriów tego kraju w przyszłości spróbować łatwo oderwać. Zainwestowano w wojnę podjazdową, zbudowano dla niej narzędzia, m.in. w postaci prywatnych armii. Rosyjska diagnoza - oczywiście z punktu widzenia Kremla - z 2004 r. była trafna. Dzięki podjętym na jej podstawie działaniom udało się Putinowi odzyskać niektóre stracone przyczółki w części krajów byłego ZSRR. Dziś elementem takiej podjazdowej wojny jest kryzys migracyjny na polsko-białoruskiej granicy. Mamy zamrożony konflikt, bez terytorium, za to ze swego rodzaju „republiką namiotową”, który jest elementem nacisku na Polskę, Litwę czy ogólniej - wschodnią flankę NATO. Rosja stworzyła do spółki z Białorusią pewien problem, który może zamrażać, odmrażać, migrantów dostarczać lub zabierać w miarę potrzeb. Chodzi o szachowanie wschodniej flanki NATO. Żadne plany ewentualnościowe obrony czy to Polski, czy krajów bałtyckich nie zakładały, że w lasach, na przesmyku suwalskim pojawią się żywe tarcze w postaci migrantów. A to jest skuteczny i tani mechanizm blokowania natowskich planów ewentualnościowych.

I bardzo nieludzki, okrutny element wojny podjazdowej.
Oczywiście. Tyle tylko, że elity kremlowskie zupełnie nie liczą się z wartościami, czy tym co wzrusza świat Zachodu. I nie interesuje ich los biednych ludzi szukających lepszego świata. Ten cynizm to przewaga konkurencyjna w starciu z zafiksowanym na punkcie praw człowieka - jak pisała Chantal Delsol - Zachodem.

A Kazachstan? W ubiegłym tygodniu w tym kraju wylądowały regularne siły powietrznodesantowe Rosji.
Trochę bez echa przechodzi wysłanie do Kazachstanu ograniczonego rosyjskiego kontyngentu wojskowego. Wykorzystując kryzys w tym kraju, Rosja włożyła stopę w drzwi. Nie wiemy, ile czasu rosyjskie wojska zostaną w tym kraju, ale możemy domyślać się, że dłużej niż krócej. Nawet jeśli część z nich ogłosi szumnie powrót i zakończenie misji. Zapewne na tyle, by Rosja mogła częściowo odzyskać wpływy w Kazachstanie, który przez lata prowadził dość niezależną politykę, lawirował między Rosją, Zachodem a Chinami. To sukces Putina, w pewnym stopniu za pozwoleniem USA, które wolą, by wpływ na Kazachstan miała Rosja, a nie Chiny.

Czy przypadkiem nie obserwowaliśmy niedawno próby „zdyskontowania” procesu odzyskiwania przez Rosję jej egzekutywy, w kontekście odbudowy swojej strefy wpływów? Myślę o propozycjach dla NATO i USA…
Zaznaczmy, żaden z punktów proponowanych przez Rosję nie jest dla Zachodu do przyjęcia. Niemniej za korzyść Putina można uznawać sam fakt podjęcia dyskusji przez Stany Zjednoczone i NATO. Już samo skierowanie dwóch osobnych projektów umów - dla USA i Sojuszu Północnoatlantyckiego nie było przypadkowe. Rosji chodziło tu o naruszenie spójności Zachodu, pokazanie, że rozmawiamy z najważniejszym graczem, czyli Stanami, i z NATO, na dokładkę. Putin od zawsze gra na podzielenie północnoatlantyckiego świata i poniekąd to mu się udało, bo zauważmy, że w łonie sojuszników musiano dyskutować o rosyjskich propozycjach z pozycji różnych poglądów czy opcji. Inną korzyścią Rosji jest to, że Amerykanie zaczynają mówić językiem Putina. Do niedawna nawet mówienie o strefach wpływów było niedopuszczalne, dziś stało się swego rodzaju normą. Putin im to narzucił, wprowadził do dyskusji. No i mamy kwestię wycofania się USA z planów sankcji za Nord Stream 2 wiosną 2021 r., co rozochociło prezydenta Rosji do dalszych działań. Zauważmy, że Stany Zjednoczone zaczynają rozmawiać z Rosją ponad głowami sojuszników z Europy Środkowej. Owszem, próbują markować konsultacje, dyskutować o stanowiskach w poszczególnych sprawach. Praktyka jest jednak taka, że jesteśmy raczej, mam na myśli Polskę, w menu, a nie siedzimy przy stole.

Wróćmy do prywatnych armii Putina, których obecność potwierdzono w Donbasie, Libii, Syrii. Spójrzmy na to, co się dzieje dziś, za ich sprawą w Afryce, a konkretnie w Mali i Republice Środkowoafrykańskiej. Czego tam szuka Rosja za pomocą Grupy Wagnera?
Ta obecność daje bardzo dużo korzyści. Takie kraje jak RŚA i Mali można wyeksploatować z surowców mineralnych, które są wartościowe i które można spieniężyć i zasilać budżety rosyjskich elit oligarchicznych. Są z tej obecności także korzyści państwowe. Rosjanom udaje się bardzo skutecznie wypierać z Afryki Subsaharyjskiej wpływy francuskie. Grupa Wagnera tylko i wyłącznie z tego powodu trafiła na listę sankcji unijnych. Rosjanie nadepnęli dużemu graczowi, mowa o Francji, na odcisk, który tą częścią Afryki bardzo się interesuje. Swoją drogą doskonale rozpoznali obecne, mocno zakorzenione w Mali i RŚA resentymenty wobec Francji. To pozwoliło Rosjanom niskim kosztem, za pomocą niezbyt licznego personelu wojskowego, uzyskać poważne rezultaty. Rządy puczystów w Bamako czy Bangi w tej chwili właściwie chodzą na pasku Rosji. Ich byt i bezpieczeństwo w znacznej mierze zależy od wagnerowców. Stworzyli swoisty klientelizm, dzięki któremu mogą pokazać środkowy palec Francuzom w Afryce Subsaharyjskiej. Paryż, dzięki tym doświadczeniom, zrozumiał, czym jest asymetryczny, podjazdowy konflikt, w którym Rosja stała się specjalistką. Bo o ile Francuzów Ukraina, Donbas, Krym specjalnie nie zajmują, o tyle wejście z buciorami na ich podwórko nakazało przyjrzeć się rosyjskiej taktyce i zastanowić się, jakie może przynosić ona rezultaty. Co istotne, zjawisko to jest korzystne dla Polski, że istotny gracz w Unii Europejskiej zyskał wiedzę o tym, na czym polega gra Putina. W jakimś sensie Europa Środkowa odnosi korzyści z tego, co się w Afryce dzieje.

Dwa nazwiska są istotne w tej opowieści - Jewgienij Prigożyn, kucharz Putina, autor opowiadań dla dzieci i Dmitrij Utkin - czyli Wagner - rosyjski wojskowy, jeden z dowódców grupy, który dał jej imię. Przy okazji neonazista.
Prigożyn swój biznes zaczynał od hot dogów i mieszania musztardy w domu. Później kupił sobie statek, który pływał po Newie, na którym karmił bogatych i wpływowych mieszkańców Sankt Petersburga. Traf chciał, że jednym z jego gości stał się w pewnym momencie Putin. Umiejętność Prigożyna do opowiadania bajek mogła sprawić, że panowie przypadli sobie do gustu. Kiedy Putin stał się osobą wpływową, Prigożyn mógł tę znajomość zdyskontować, uzyskując państwowe kontrakty na karmienie wojska. To były ogromne pieniądze, miliardy rubli. On ustawione przetargi wygrywał, pod warunkiem, że część pieniędzy będzie przekazywał na „podatek rewolucyjny” w postaci szkolenia, utrzymania prywatnych armii, farmy trolli, narzędzi potrzebnych Putinowi do prowadzenia wojny podjazdowej z Zachodem. Co ciekawe, Prigożyn siedział w kryminale. Zadziwiało mnie to, że Putin, pułkownik KGB przecież, wszedł z nim w układ. Ludzie służb gardzą zazwyczaj tymi, którzy mają na swoim koncie epizody kryminalne. Traktują ich najwyżej jako konfidentów, a nie współpracowników. Tu Putin jednak nie jest reprezentatywny. Pamiętajmy, że wspierał też Wiktora Janukowycza, byłego prezydenta Ukrainy, który też ma kryminalną przeszłość. Sam Utkin jest postacią poniekąd standardową dla rosyjskich prywatnych armii. To były wojskowy rosyjski wysoki rangą, pułkownik, spadochroniarz Specnazu GRU (czyli wywiadu wojskowego), o różnych, dziwnych fascynacjach, o których pan wspomniał. Trzeba tu zwrócić uwagę na dość powszechny, jeśli się przyjrzeć Rosji, mezalians pomiędzy przywiązaniem do tzw. Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, czyli wojny z III Rzeszą, i jednoczesnej fascynacji Hitlerem i państwem nazistowskim. Mitem silnego lidera, silnego państwa, porządku, niezwyciężonej armii odnoszącej sukcesy. Taki jest też Utkin. Ze swoimi tatuażami nazistowskich symboli mógłby przypominać raczej działacza ukraińskiego Prawego Sektora, którym Putin straszył całe byłe ZSRR, niż żołnierza walczącego o „rosyjski, lepszy świat”. Ten kraj jest pełen podobnych paradoksów. Bez owych sprzeczności w zasadzie nie byłoby Rosji.

Grupa Wagnera otrzymała potężny cios w Syrii od komponentów sił specjalnych i lotnictwa USA. W bitwie pod Dajr az-Zaur poległo co najmniej kilkunastu wagnerowców. Wyobraża pan sobie, że do podobnego starcia dojść może w Afryce z siłami francuskimi? A może inną prywatną armią, tym razem zachodnią?
Amerykanie nakreślili w Syrii czerwoną linię, pokazali Rosjanom dobitnie, głównie za pomocą uderzenia z powietrza, że nie mogą dokonywać tzw. rejderstwa na ich interesy naftowo-gazowe. Ale Rosjanie z bitwy pod Dajr az-Zaur wyciągnęli wnioski. Doskonale zdają sobie sprawę, że w starciu z regularną siłą zbrojną, mimo że ich prywatna armia jest coraz lepiej wyposażona, nie mają żadnych szans. Mam wrażenie, graniczące z pewnością, że w przyszłości wagnerowcy w takie starcia nie będą wchodzić. Nie chcą kolejnej porażki kalibru jak ta nad Eufratem. Rosjanie w obszarze sił zbrojnych, służb specjalnych mają bardzo inteligentnych ludzi, dobrze wykształconych, którzy potrafią realistycznie oceniać sytuację na polu walki, wyciągać wnioski. Starają się nie popełniać tych samych błędów.

Zachód jest w stanie odpowiedzieć na zagrożenie rosyjskimi działaniami, realizowanymi m.in. za pomocą Grupy Wagnera?
Takie odpowiedzi są, ale moim zdaniem nieskuteczne, niezbyt bolesne, zwłaszcza dla wagnerowców. Nie tak dawno, w grudniu 2021 r. Grupa została objęta sankcjami UE, obłożono nimi także Utkina. Na tej liście od 2020 r. jest Prigożyn, za dozbrajanie różnych formacji w Libii. Tyle że to są osoby, które nie trzymają swoich pieniędzy na kontach w zachodnich bankach i nie spędzają wakacji na Lazurowym Wybrzeżu. Nie dotykają ich szczególnie zatem np. zakazy wjazdu do państw unijnych. A nieskutecznymi sankcjami nie uda się „położyć” Grupy Wagnera. Pamiętajmy, że Rosja planując działania nieregularne wobec Zachodu, czy też kalkulując konflikt zbrojny, uwzględnia możliwe sankcje w analizie kosztów takich operacji. Dziś mówi się o bardzo poważnych sankcjach, jakie mogłyby zostać nałożone na Rosję po inwazji na Ukrainę. Chodzi m.in. o wykluczenie Rosji ze SWIFT, czyli międzynarodowego systemu rozliczeń. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują jednak, że Rosjanie mają je wkalkulowane w rachunek myślenia o potencjalnej wojnie i analizują np. stworzenie alternatywnego do SWIFT systemu. Mówi się, że Rosja bardzo interesuje się technologiami opartymi o blockchain w finansach. Putin wie także, że nałożenie sankcji na Gazprom czy Rosnieft będzie oznaczało również ogromne straty dla Zachodu, który boryka się z inflacją, wysokimi cenami nośników energii. Przewiduję, że kraje UE nie podejmą łatwo takiej decyzji.

Swoją książkę podsumowuje pan konkluzją, że rosyjski kolonializm zmienia świat na gorsze.
Spójrzmy na przykład Afryki, bo on jest najbardziej wyostrzony. To tu Rosjanie mają najmniej oporów przed wykorzystywaniem wagnerowców. W Afryce Subsaharyjskiej tworzą skrajną wersję Północnego Kaukazu, który pacyfikowali w latach 90. XX w. Pamiętajmy, że Mali i RŚA są krajami, które od lat borykały się z poważnymi problemami - rebeliami, fundamentalistami islamskimi. Rosjanie z Grupą Wagnera, wchodząc tam, oferują jedynie chaos, czyli coś, w czym sami czują się doskonale. Z takiego stanu wyciągają ogromne korzyści. Dla tych państw oznacza to jednak kolejne dekady upadku, bo chodzi jedynie o ich eksploatację, a nie wprowadzenie trwałych rozwiązań czy nawet częściowego ustabilizowania sytuacji. Rosjanie zresztą nie ukrywają swoich neokolonialnych celów w Afryce, które nazwali Projektem Kontynent. Zatem widzimy, że wszystkie działania podejmowane przez wagnerowców, czyli mówiąc szerzej Rosję, nie przynoszą dla świata Zachodu żadnych korzyści.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Materiał oryginalny: Grupa Wagnera - psy wojny w służbie Rosji. Zmieniają świat na gorsze. Kim są? - Dziennik Bałtycki

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

b
biskup chce
Stara tradycja oddzialow Dirlewangera odzywa na nowo w sowieckim wydaniu.
Więcej informacji na stronie głównej Portal i.pl