Od światowej wojny dzieli nas cienka linia. Niebezpieczna gra Kremla

Piotr Grochmalski
Piotr Grochmalski
Premier Mateusz Morawiecki: „nie możemy wykluczyć, że ostrzał infrastruktury tuż przy granicy z Polską to również zamierzona prowokacja robiona z nadzieją, że właśnie do takich sytuacji [eksplozja na terenie Polski] może dochodzić. Na to wskazuje rachunek prawdopodobieństwa".
Premier Mateusz Morawiecki: „nie możemy wykluczyć, że ostrzał infrastruktury tuż przy granicy z Polską to również zamierzona prowokacja robiona z nadzieją, że właśnie do takich sytuacji [eksplozja na terenie Polski] może dochodzić. Na to wskazuje rachunek prawdopodobieństwa". fot. Associated Press/East News
Zabicie dwóch Polaków przez rakietę, która spadła na terytorium naszego państwa dramatycznie ukazała światu, jak cienka linia oddziela nas od eskalacji barbarzyńskiej wojny Putina w konflikt globalny. Jako naród znaleźliśmy się w innej rzeczywistości.

Wszystkie struktury Rzeczpospolitej, odpowiedzialne za bezpieczeństwo, zostały postawione w stan gotowości. Świat wstrzymał oddech. Rozpoczęliśmy wstępną procedurę uruchamiania art. 4 NATO. Napięcie gwałtownie opadło 16 listopada, gdy ustalono, że prawdopodobnie nie doszło do bezpośredniej napaści Rosji na Polskę.

Sekretarz generalny Sojuszu, Jens Stoltenberg, po spotkaniu ze wszystkimi ambasadorami organizacji, stwierdził, iż wszystko wskazuje, że nie był to celowy atak. Jak podkreślił wówczas: „nasza wstępna analiza sugeruje, że incydent został prawdopodobnie spowodowany przez ukraiński pocisk wystrzelony w celu obrony [swojego] terytorium przed rosyjskimi atakami rakietowymi”. Kreml dokonał bowiem 15 listopada gigantycznego, największego od początku wojny, uderzenia w infrastrukturę krytyczną Ukrainy, aby doprowadzić do katastrofy humanitarnej całego narodu. Dlatego Stoltenberg mocno zaakcentował, że za ten dramatyczny incydent to „Rosja ponosi ostateczną odpowiedzialność, ponieważ kontynuuje nielegalną wojnę z Ukrainą”. Jednak Wołodymyr Zełenski stwierdził, że ma dowody na „rosyjski ślad” i dlatego chce dostępu do miejsca wybuchu.

Podobny atak to rachunek prawdopodobieństwa

Dopóki śledztwo nie zostanie ostatecznie zamknięte, nie można do końca wykluczyć opcji rosyjskiej. Premier Mateusz Morawiecki, przemawiając 16 listopada w Sejmie podkreślał, iż przeprowadzony dzień wcześniej „atak ze strony Rosji był bezprecedensowy, bo liczył ponad 100 pocisków, rakiet i dronów skierowanych w stronę Ukrainy, w tym znaczna ich część była skierowana na zachodnią część tego kraju, na tereny leżące przy granicy z Polską”. Aby go odeprzeć, jak podkreślił premier, Kijów musiał użyć ogromnych własnych zasobów broni przeciwrakietowej. Stwierdził: „Jedna z informacji, którą przeczytałem mówiła o tysiącu kontrrakiet, tysiącu pocisków, które starały się strącić grad rosyjskich rakiet i dronów”. Podkreślił, iż „nie możemy wykluczyć, że ostrzał infrastruktury tuż przy granicy z Polską to również zamierzona prowokacja robiona z nadzieją, że właśnie do takich sytuacji może dochodzić. Na to wskazuje rachunek prawdopodobieństwa". Przyznał, że nie możemy wykluczyć także innych scenariuszy wiedząc doskonale, jak silna jest agentura rosyjska, propaganda rosyjska, jak silne są różne ukryte aktywa rosyjskie - nie tylko w Zachodniej Europie, ale w szczególności na obszarze postsowieckim, a Ukraina do takich należy”.

Morawiecki ma rację. Nic bowiem nie zmieni faktu, że Kreml traktuje nas, jako kluczowe państwo wspierające Kijów. Uznaje nas zatem za integralny element prowadzonej przeciw Ukrainie agresji. Dlatego prędzej czy później coś takiego, co miało miejsce w Przewodowie, musiało nastąpić. U naszych granic toczy się gigantyczna wojna, w której Kreml, aby zniszczyć Ukrainę, wykorzystał dotąd formacje wszystkich swoich dwunastu armii lądowych.

Rzekoma druga potęga militarna świata doznała serii upokarzających klęsk od sił zbrojnych, które sytuowano w połowie trzeciej dziesiątki. Po każdej spektakularnej przegranej Moskwa realizowała ten sam scenariusz – próbowała zastraszać swoim atomowym arsenałem, aby zniechęcić Zachód do wspierania Ukrainy. Jednak ostatnio Pekin, potencjalnie kluczowy dla Kremla sojusznik, dał twardy sygnał Putinowi, że nie będzie tolerował dalszej „zabawy” arsenałem jądrowym. Aby przykryć utratę Chersonia, Rosja odpaliła 15 listopada ponad 90 pocisków manewrujących Ch 101 i Kalibr, aby zniszczyć infrastrukturę krytyczną Ukrainy i doprowadzić na jej obszarze do porażającej w swej skali katastrofy humanitarnej. Ale jest to przede wszystkim prowokacja wobec NATO. Kreml od początku agresji próbuje sprawdzać spójność Sojuszu i granice do jakich może się posunąć w działaniach wymierzonych pośrednio wobec niego.

Prowokacje Moskwy wobec NATO

Moskwa dotąd wielokrotnie prowokowała NATO uderzając swoimi rakietami tuż przy granicy z Polską. Gdy oczywista stała się klęska Rosji pod Kijowem, w niedzielę, 13 marca siły FR wystrzeliły ponad 30 pocisków manewrujących 3M-54 Kalibr. Osiem z nich przebiło się przez obronę powietrzną Ukrainy i uderzyło w Międzynarodowe Centrum Pokoju i Bezpieczeństwa w Jaworowie. Ten największy w Europie poligon, gdzie przed wojną ćwiczyły formacje polskiej kawalerii, jest odległy od granicy z RP zaledwie o 20 kilometrów. Zginęło wówczas 35 osób, a 134 zostały ranne. Wybuchy było słuchać w Polsce. Putin, decydując się na to uderzenie musiał kalkulować, że ewentualny błąd systemów rakietowych groził uderzeniem w państwo NATO. W centrum w Jaworowie odbywało się przed wojną szkolenie ukraińskich misji pokojowych. Tuż przed agresją Rosji na Ukrainę wszyscy instruktorzy zachodni zostali wycofani z obszaru państwa , ale to miejsce było nadal przedstawiane w rosyjskiej propagandzie jako baza Sojuszu. Atak miał charakter otwartej prowokacji wobec NATO. Groził też eskalacją konfliktu. Prokremlowskie media podkreślały, że w efekcie ataku zlikwidowano 180 najemników i została zniszczona baza Sojuszu. Gdy Rosja ugrzęzła na froncie wschodnim, we wtorek 3 maja na Lwów spadło pięć rakiet. Zaledwie kilkanaście dni później, 17 maja, kolejne uderzenie na miasto.

Rosyjskie rakietowe „pozdrowienia” dla Bidena

Jednak szczególnie spektakularny atak rakietowy wymierzony w pobliże naszego państwa nastąpił dzień po tym jak 25 marca prezydent USA, Joe Biden, spotkał się przy granicy z Ukrainą z żołnierzami amerykańskiej 82 dywizji powietrzono-desantowej, która została przerzucona do Polski, aby wzmocnić NATO-owską flankę wschodnią i wesprzeć Polskę w radzeniu sobie z ogromnym strumieniem ukraińskich uchodźców. Dotąd w całej historii Sojuszu nie został on postawiony wobec tak ogromnego wyzwania humanitarnego. Rosyjski atak nastąpił drugiego dnia wizyty Bidena w Polsce, 26 marca, około godziny 18, gdy w Warszawie, w swoim przemówieniu, podkreślił on gotowość USA do wypełnienia zobowiązań sojuszniczych oraz przywołał koncepcję amerykańskiego przywództwa w obronie porządku międzynarodowego.

Biden wysłał czytelny sygnał, że Warszawa staje się dla Waszyngtonu kluczowym państwem regionu. To wówczas Rosjanie uderzyli na Lwów. Słychać było trzy eksplozje. Według mera miasta, Andrija Sadowego „w taki sposób agresor przesyła 'pozdrowienia' dla prezydenta Bidena, który przebywa obecnie w Polsce”.

Zmasowany atak miał też miejsce 10 października, gdy 15 rakiet uderzyło w infrastrukturę energetyczną obwodu lwowskiego. Część pocisków manewrujących została zestrzelona. Sadowy stwierdził wówczas, że w mieście nie było obiektów wojskowych, a zaatakowana została infrastruktura cywilna.

31 października doszło do niebezpiecznego incydentu w pobliżu mołdawskiej wsi Nasławcza położonej przy granicy z Ukrainą. Rosjanie odpalili trzy rakiety na zaporę Dnieprzańskiej Elektrowni Wodnej. Jej zniszczenie spowodowałoby powódź w całym regionie. Dwa pociski wybuchły blisko celu, a jeden został zestrzelony przez ukraińską obronę przeciwlotniczą. Jednak jego szczątki spadły po mołdawskiej stronie, na obrzeżach Nasławcza.

To nie był celowy atak na Polskę?

We wtorek 15 listopada alarm przeciwlotniczy ogłoszono na całym ogromnym terytorium Ukrainy z wyjątkiem okupowanego Krymu. Rosjanie zaatakowali także Lwów. „Ukraińska Prawda” pisała o co najmniej sześciu eksplozjach. Rakiety uderzyły też w Równe na zachodzie Ukrainy. Wszystkie te ataki, z perspektywy rosyjskiej, musiały zakładać ryzyko, iż rakieta może uderzyć w terytorium państwa NATO, a to może oznaczać sprowokowanie otwartego konfliktu z Sojuszem Północnym.

Tak jest praktycznie od początku wojny. Tym razem jednak została przekroczona czerwona linia. Uderzenie rakietowe na Polskę stało się elementem niebezpiecznej gry politycznej. Stephen M. Walt na łamach amerykańskiego „Foreign Policy” przekonuje, że wydarzenie to „ilustruje możliwość przypadkowej lub nieumyślnej eskalacji”. Dlatego mówi się o konieczności szybkiego zakończenia konfliktu i wywieraniu presji na obie strony, aby siadły do negocjacji. W praktyce oznaczać to ma wymuszenie na Ukrainie, aby była bardziej elastyczna wobec Putina. Jej możliwości obrony w ogromnym stopniu zależą od dostaw zachodniego sprzętu.

To jest mocny instrument nacisku na Kijów, który – jak sugeruje autor - winien być wykorzystany, bo USA powinny się kierować własnym interesem. Według Walta Waszyngton winien doprowadzić do szybkiego wygaszenia wojny, bo w każdej chwili może ona przekształcić się w globalny konflikt. Przemysław Żurawski vel Grajewski ostrzega przed taką niebezpieczną logiką, która w istocie zachęca Rosję do eskalacji wojny. Jak zauważa, „bez względu na to, czyja to była rakieta, fakt że spadła na terytorium Polski i zabiła polskich obywateli, uruchamia proces testowania reakcji państwa polskiego i NATO na fakt uderzenia rakiety w Polsce. Jeśli ta reakcja wypadnie słabo, będzie przez Kreml zinterpretowana jako reakcja ustępliwa, to będziemy mieli następne incydenty i następnych zabitych. W związku z tym znacznie mniej istotne jest to, czyja to była rakieta, niż to, jak Polska i NATO zareagują na tę sytuację.” - podkreśla prof. Żurawski vel Grajewski.

Jak wygląda polska tarcza?

Eksplozja pocisku w Przewodowie i śmierć dwóch Polaków wywołała falę komentarzy dotyczących polskiej obrony przeciwrakietowej. To prawda, iż do niedawna bazowała ona głównie na przestarzałych, poradzieckich konstrukcjach Kub, Osa, Newa-SC czy Wega. Jednak od lat trwały prace nad stworzeniem własnych konstrukcji. Wojna na Ukrainie radykalnie przyspieszyła budowę polskiego tzw. systemu antydostępowego. Jej najwyższe piętro, w ramach projektu „Homar” zapewnić mają baterie Himarsów, które doskonale sprawdziły się na Ukrainie. Dwadzieścia zestawów otrzymamy w przyszłym roku. W polskiej wersji uzbrojone będą w pociski kierowane ATACMS M57A1, pozwalające na uderzenia na ponad 300 kilometrów.

Systemem średniego zasięgu jest „Wisła”, bazująca na MiM-104 Patriot. W tym roku ukończona została jego pierwsza faza wdrażania i zgrywania, a ostatecznie jego pełna integracja ma nastąpić za rok. Otrzymujemy zestawy, które są wyposażone w zintegrowany system dowodzenia obroną IBCS, nad którym Amerykanie pracowali przez lata. Poza USA jesteśmy jedynym państwem, który go posiada. Pozwoli to na spinanie wszystkich elementów obrony przeciwrakietowej w jeden, rozbudowany system. Ale najważniejszym elementem owej tarczy jest „Mała Narew”. Ma gwarantować osłonę w krótkim zasięgu, na razie w promieniu do 25 km. Pierwszy jej zestaw został przekazany na uzbrojenie nowo utworzonego 18 Pułku Przeciwlotniczego, który bazuje w Sitańcu pod Zamościem i jest elementem „Żelaznej Dywizji”. Ten nowoczesny zestaw, którego kluczowym elementem są wyrzutnie iLauncher rakiet CAMM, jest w ponad 70 procentach oparty na rodzimych rozwiązaniach. Radar Soła, produkcji Radwaru, ma zasięg do 60 km i umożliwia śledzenie równoczesne 99 obiektów. Polski jest także system kierowania ogniem Zenit. Potrafi niszczyć rakiety, drony, samoloty a także pociski moździeżowe. Drugi zestaw „Małej Narwi” ma trafić na początku przyszłego roku do 15 Pułku Przeciwlotniczego w Gołdapi. Jednak docelowy system „Narew”, który ma być zintegrowany z IBCS, będzie wyposażony w radar Sajna o znacznie lepszych możliwościach rozpoznania i śledzenia obiektów.

Będzie też uzbrojony w rakiety CAMM-ER, które zostaną wyprodukowane na licencji w Polsce, o skutecznym zasięgu do 45 kilometrów. Łącznie na wyposażeniu polskich sił zbrojnych będzie 23 baterii „Narwii”. Dopełnieniem całej tarczy mają być systemy bardzo krótkiego zasięgu, których najważniejszym elementem będzie 21 zestawów rakietowo-artyleryjskich Pilica+. Między innymi mają one osłaniać baterie Patriotów.

Zbudowana w ten sposób osłona antyrakietowa będzie najnowocześniejsza w Europie. Zanim jednak wszystkie jej elementy połączą się w jeden system, wspierają nas amerykańskie baterie Patriot, które zostały rozmieszczone już na początku wojny na Ukrainie na wschodniej naszej granicy, a także brytyjskie systemy rakietowe. Nasz system radiotechnicznego rozpoznania włączony jest w struktury NATO i wykorzystuje także zasoby informacji pozostałych członków Sojuszu.

W sześciu punktach kraju działają potężne radary NATO. Jeden z nich zlokalizowany jest w Łabuniach pod Zamościem i pozwala sięgać w głąb Ukrainy niemal aż po Kijów. Oprócz lokalnych systemów rozpoznania radiologicznego, rozłożonych wzdłuż naszej wschodniej granicy, Polska korzysta też z danych przekazywanych przez NATO-owskie samoloty AWACS, które stanowią najskuteczniejsze ogniwo systemu wczesnego ostrzegania. Ten wielki „latający radar” jest w stanie rozpoznawać także obiekty poruszające się nisko nad ziemią. Według informacji CNN miał on też śledzić pocisk, który spadł w Przewodowie. Jedno nie ulega wątpliwości – sytuacja ta pokazuje, jak ogromne znaczenie ma dla bezpieczeństwa państwa budowany przez Polskę system antydostępowy.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

k
kirk hammet
Każdy kraj w którym ludzie oddają się niepotrzebnemu zabijaniu zwierząt będzie musiał cierpieć z powodu wojen i epidemii zsyłanych przez materialną naturę !!! *** yt.com - polska ubojnia 2015 *** w polsce zabija się 860 mln zwierząt rocznie - google *** yt.com - positive vibration - przeznaczenie
J
Jan Borowy
No cóż, "bracia" Ukraińcy. Tym razem nie wyszło! Chociaż polski rząd zrobił dużo, aby się udało - od razu wezwano rosyjskiego ambasadora. Nie wyszło, bo Amerykanie nie mogli sobie pozwolić na kłamstwo - rejon walk śledzą satelity chińskie i indyjskie. Zaś AWACSy ma Turcja, Iran, Arabia Saudyjska. Trzeba było myśleć, jak się "gubiło" rakietę.
Wróć na i.pl Portal i.pl