Salonowa bójka. „To doprowadziło Kuronia do furii”. Tak było, tzn. tak pisał agent

Sławomir Cenckiewicz
Sławomir Cenckiewicz
Jacek Kuroń podczas jednaj z manifestacji w 1989 r.
Jacek Kuroń podczas jednaj z manifestacji w 1989 r. Fot. Fot. Andrzej Iwański/fbc.pionier.net.pl
Kiedyś to będzie… Tak za kilkadziesiąt, no może za kilkanaście lat, ale nie wcześniej niż za lat piętnaście. Większość pierwszoplanowych dinozaurów walki z komuną odejdzie, PRL-owska przeszłość nikogo już nie poruszy (już teraz widać tego poważne symptomy), świat Friszków i Cenckiewiczów bezpowrotnie przeminie, historią interesować się będzie promil społeczeństwa, rozwiązaniu ulegną akademickie instytuty historyczne z braku zainteresowania studiami, a i IPN przestanie być potrzebny (wpierw politykom). Tak będzie.

Ale zawsze kiedy o tym myślę, napełnia mnie nadzieja, że wśród tego promila zainteresowanych przeszłością pojawią się historycy, dla których dzieje PRL staną się czymś tak odległym i abstrakcyjnym, że bez jakichkolwiek emocji napiszą, jak było i opiszą wszystko, co wyczytali w archiwaliach. Będą tacy, szczególnie mi bliscy, którzy cały ten czas opiszą niczym piętrową „kombinację operacyjną”, a funkcję oporu – w swoim ogóle – postrzegać będą przez pryzmat „pożytecznego idiotyzmu”.

Tak jest. Teoretycy „prześnionej rewolucji” i „ludowych dziejów Polski”

Postępujący upadek obyczajów i moralności, oraz fakt, że osobowe obiekty dociekań będą już na tamtym świecie i nikt nie będzie myślał o sądowym rozstrzyganiu sporów historycznych, sprawią, że dla tej historycznej sekty znikną wszelkie skrupuły i zasady, a pisanie „wszystkiego” nie będzie wcale odwagą. Tak sobie o tym czasem myślę… Wiem jednak, że powstaną i inni dziejopisarze, jeszcze bardziej radykalni niż nawet najbardziej liberalni i lewaccy obecnie teoretycy „prześnionej rewolucji” i „ludowych dziejów Polski”, którzy hołdując post-post-post… prawdzie zanegują wszystkich i wszystko, a ich interpretacje przekroczą moje najgorsze wyobrażenia. Tak będzie.

Tak będzie. Ktoś opisze „salon opozycji warszawskiej w PRL”

Pozostanę jednak przy mojej pozytywnej wizji i wyobrażam sobie, że jakiś tam dr Olaf Kobzar-Kobzarski z Międzywydziałowego Instytutu Studiów nad Przeszłością w Warszawie opisze „salon opozycji warszawskiej w PRL” we wszystkich jej aspektach politycznych, genealogicznych, obyczajowych, agenturalnych… To wcale nie będzie opasła księga. Nie! To zgrabna, najwyżej 180-stronnicowa opowieść o życiu codziennym saloniku Kuronia, Moczulskiego, Walendowskich, Lipskiego, Bratkowskiego, Herczyńskiego, Siemaszki… i wielu innych saloników, domków, mieszkanek, KiK-ów, Czytelników… Tak będzie.

Wybiegając myślami w przyszłość zadręcza mnie myśl, jak ubodzy w wiedzę jesteśmy pomimo tylu lat transformacji, wolności i dostępności archiwów. Ilu historii nie opowiedzieliśmy, wyparliśmy, sfałszowaliśmy – jedni przez polityczną poprawność, ordynarne pomijanie źródeł i związki środowiskowe, zaś drudzy… przez strach, oportunizm i polityczne uwikłanie pamięci.

Spoglądam też na przeszłość, tę własną i przypominam sobie niezliczone – śmieszne z perspektywy czasu – boje o podstawowe wręcz prawdy, obwarowane zawsze groźbą kary, izolacją i obmową. Nasze poznawanie historii PRL, zwłaszcza na początku lat 2000-sięcznych było jak gonitwa za świętym Graalem. Za aktami personalnymi Kuklińskiego, donosami agenturalnymi Wałęsy, aktami z rozpracowania Kuronia i Michnika, teczkami emigracji politycznej, sprawami operacyjnymi „na” pisarzy – Wańkowicza, Jasienicy, Szczypiorskiego, nie mówiąc już o Kościele… Ileż emocji, szeptanek, ustaleń i gierek temu wszystkiemu towarzyszyło. Tak było.

W tym znoju pogoni za prawdą, kłamstwo i fałsz zawsze próbowały dorównać kroku. Czasem przybierało to postać tragikomiczną. Pamiętam tę powagę, z jaką w Instytucie Pamięci Narodowej w 2002 r. zorganizowano serię debat o „opozycji w PRL”, wykluczając z niej Gwiazdów, Walentynowicz, Wyszkowskiego, Morawieckiego i wielu innych. Wśród dyskutantów-świadków historii zasiadł za to nieżyjący już dziś Paweł Mikłasz, jeden z najgroźniejszych agentów SB w polskim ruchu wolnościowym w latach 1968-1989, szef oficyny wydawniczej „Konstytucja 3 Maja” i „Myśl”, działacz Nurtu Niepodległościowego, KOR, ROPCiO, RMP, przyjaciel i spadkobierca praw autorskich utworów Janusza Szpotańskiego…, i wypalił do sali pełnej słuchaczy: „Jedyne osobiste nieszczęście, jakie mnie spotkało z powodu działalności opozycyjnej, jest takie, że postanowiłem w ogóle nie mieć dzieci, żeby nie było na mnie możliwości nacisku. A teraz tego żałuję – Państwo sami rozumieją – jaki to był straszny błąd!”. Tak było.

Tak pisał agent. Urodziny Lityńskiego z bójką w kuchni

Historia Mikłasza jest historią nigdy nieopowiedzianą pomimo setek, a może i tysięcy stron dokumentów, jakie po sobie w SB zostawił. Bez tej postaci nie sposób opisać dziejów prawicy i lewicy antykomunistycznej oraz niezależnego ruchu wydawniczego z lat 1968-1989.

„Wszystko, czego KOR potrzebował, to wszystko robiłem natychmiast, uważałem, cały czas uważałem, że KOR wykonuje najważniejszą rzecz w tym kraju – mówił Mikłasz w relacji dla Ośrodka Karta – Tak samo, jak uważałem, że NOWA [wydawnictwo – przyp. S.C.] była bardzo ważna, najważniejsza, jeśli chodzi o wydawnictwa. Bez Nowej po prostu wszystkie wydawnictwa by po prostu błyskawicznie zostały skasowane, bo jednak w ogóle póki była Nowa, to ja jestem na tym drugim, trzecim miejscu i jeszcze mam szansę po prostu. I cały czas moje konflikty z ROPCiO, ja uważałem, że powinniśmy działać tam, gdzie KOR nie sięga, uzupełniać KOR i wzajemnie się wspierać, natomiast nie powinniśmy konkurować po prostu i cieszyć się z tego, że KOR po prostu ma trudności, bo to oznacza, że my w następnym momencie. Bo sam pan rozumie, że sytuacja była taka, że ten teren do zagospodarowania był tak wielki, że nie trzeba było wcale szukać wrogów po tej samej stronie barykady”.

W ten sposób Mikłasz, jako agent SB o wielu pseudonimach – „Jan Lewandowski”, „Rybak”, „Stanisław Wysocki”, „Zaniewski”…, i jeden z kreatorów niezależnego ruchu wydawniczego, zagospodarował ów „teren”, wydając i drukując w całym kraju w latach 80. ponad 200 tytułów czasopism i gazetek niezależnych. Wiele by pisać. Tak było.

Ale w całej tej strasznej i kombinacyjnej historii oporu społecznego są historie ciekawe, czasem wręcz fascynujące i zabawne, ukazujące życie warszawskich saloników opozycyjnych od kuchni. W tym sensie donosy agenturalne Mikłasza są pod wieloma względami wyjątkowe, bo charakteryzuje je plastyczność i obszerność opisów. Weźmy na przykład opis urodzin Jana Lityńskiego z 18 stycznia 1971 r., w których w mieszkaniu Reginy Lityńskiej w Warszawie uczestniczyło około 30 osób, w tym m.in. Jacek Kuroń, Adam Michnik, Jan Józef Lipski (i jego syn Jan Tomasz Lipski), Andrzej Seweryn, Janusz Szpotański, Seweryn Blumsztajn. Mikłasz, jako TW ps. „Jan Lewandowski”, pisał 20 stycznia 1971 r. m.in. tak:

„Około godziny 23.00 zaczął rozrabiać Janusz Szpotański. Jacek Kuroń, kiedy po swym przyjściu zauważył, że jest również Szpotański zwrócił się do Lipskiego (starego) z zapytanie, czy powiedział już Szpotowi skąd wiedzą o powiązaniach Szpotańskiego z MSW. Lipski zawołał wtedy Szpota i oświadczył mu, że taką informację przekazał mu Moczarski. Szpotański wpadł wówczas we wściekłość. Zaczął kląć na Moczarskiego. Siedząca obok Lipskiego Teresa powiedziała, że nie można tak wyrażać się o zmarłym.

Szpotański odpowiedział, że Moczarski jest podwójną świnią. Nie dość, że narozrabiał, to na dodatek zmarł i nie można mu nawet dać w mordę. Od tego czasu zaczął się zachowywać w sposób agresywny. W pewnym momencie zaczął w ordynarnych słowach ubliżać całemu towarzystwu. Szczególnie dużo zebrała ta Teresa. Wówczas Jacek Kuroń wykręcił mu rękę i wypchnął z pokoju mówiąc, że Szpota trzeba zacząć traktować poważnie, a nie jak kogoś na wariackich papierach. Zaczęli szamotać się w przedpokoju. W pewnym momencie Kuroń silniej uderzył Szpotańskiego, który upadł i wyzywając Kuronia od ubeków zaczął go kopać. To doprowadziło Kuronia do furii. Zaczął bić Szpotańskiego, a ten unikając ciosów wpełzł do kuchni, gdzie zwalił się pod stół. Nikt nie wystąpił w jego obronie poza Bogdanem Zalegą, który był również pijany i chciał pobić Kuronia. W kuchni w tym czasie znajdowała się Maryna Ochab ze swoją córką Karoliną.

Tak było. Kto był, a kto nie był agentem SB

Dziecko miało zasłonięte oczy przez Marynę i matkę Lityńskiego. W rezultacie Szpotański zaczął pod tym stołem krwawić. Ponieważ Kuroń w dalszym ciągu usiłował jeszcze go dopaść powiedziałem Kuroniowi, że jeżeli chce aby do tego domu trzeba było sprowadzać pogotowie ratunkowe, to niech przynajmniej zaczeka, aż wyjdą ci, którzy nie mają ochoty być legitymowani przez milicję, bo dalsza awantura zakończy się w ten sposób. Kuroń powiedział „masz rację” i pomógł mi podnieść Szpota. Ubraliśmy go i Andrzej Seweryn zaproponował, że odwiezie go do domu. Marek Majle też się ubrał, aby mu pomóc. Przy wyjściu Szpotański zaczął całować się z Kuroniem twierdząc, że oni żartowali i w ten sposób oszukali towarzystwo. W rezultacie we czterech, bo i Kuroń dołączył do Majlego pojechali samochodem Seweryna. Podobno przed domem Szpotański na nowo zaczął rozrabiać, gdy nie chcieli przyjąć jego zaproszenia na herbatę”.

Tak było, to znaczy tak pisał agent Mikłasz. Podobnych historii jest więcej. Wierzę, że kiedyś, pewnie już po nas, one wszystkie zostaną opisane…

Postscriptum: Janusz Szpotański (1929-2001) nie był nigdy współpracownikiem SB. Przez lata był rozpracowywany przez bezpiekę jako figurant o kryptonimie „Szpot”. Paweł Mikłasz (1946-2017) pomimo zachowania wielu swoich donosów i innych dokumentów SB, konsekwentnie zaprzeczał swojej współpracy z SB.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Panie Cenckiewicz,nie ufam Panu nawet w 1%.Pan jest dobry na "ciemny lud".Ludzie którzy cokolwiek w życiu czytali i nie są zaczadzeni ideologią nie mogą Pana szanować.

Z najnowszych pozycji polecam "Zawód historyk Andrzej Friszke".To jest format historyka.A Pan jest dobry aby swoją wiedzę w tendencyjny sposób ku chwale ideologii propagować.Niepiękny z Pana człowiek,niestety.
P
PI Grembowicz
Cha cha cha...

Tak, to te zafajdane autorytety amoralne: komuny esbecji PRL- u socyalizmu ateizmu "okrągłego stołu" i "magdalenki" rewizjonizmu marxistowskiego "demokracji ludowej"...

Cześć jego pamięci!

Cha cha cha
Wróć na i.pl Portal i.pl