Magda Jaros: Roman Wilhelmi prowadził życie pełne skrajności

Anita Czupryn
Anita Czupryn
06.1963. Aktor Roman Wilhelmi w filmie "Wiano" w reżyserii Jana Łomnickiego. PAP/CAF- Cezary Langda
06.1963. Aktor Roman Wilhelmi w filmie "Wiano" w reżyserii Jana Łomnickiego. PAP/CAF- Cezary Langda PAP
Charyzmatyczny aktor, znany z wielkich ról, krył w sobie wiele niespodzianek. O tajemnicach, które udało się odkryć i mitach, z jakimi się rozprawia - mówi Magda Jaros, autorka książki „Anioł i twardziel. Biografia Romana Wilhelmiego”.

Jak to jest zabierać się za pisanie o kimś, kogo się nawet nie lubi, a kto – jak napisała Pani we wstępie swojej książki – wywołuje irytację?

Powiedzenie „nie lubię”, jest za mocne. Staram się nie oceniać osób, których nie znam, w kategoriach lubienia czy nielubienia. Bardziej chodziło mi o to, że takie osoby jak Roman Wilhelmi mnie irytują, ponieważ zbyt wiele im się wybacza. Mają wokół siebie tłum ludzi, którzy ich ratują, stawiają do pionu, a czasem zacierają ich błędy. Jak większość z nas miałam stereotypowy obraz Romana Wilhelmiego. Zbudowały go przeczytane przeze mnie artykuły czy to, co o nim słyszałam. Gdy zaczęłam pisać książkę i coraz głębiej wchodzić w jego życiorys, coraz szerzej otwierałam oczy. Zaczynałam rozumieć, że był to człowiek wielowymiarowy, momentami pogubiony, złożony ze sprzecznych emocji i niełatwych cech. Mieszanka wybuchowa. Wyszłam zatem od sceptycyzmu i irytacji, a doszłam do zrozumienia i chęci odpowiedzi na pytania zaczynające się od słowa „dlaczego”. Nie było to łatwe, uczciwie mówiąc.

Magda Jaros
Filolożka z instynktem reporterskim. Pasję rozmów z wybitnymi postaciami ze świata kultury, sportu, polityki realizowała na łamach miesięcznika „Twój Styl”. Autorka przetłumaczonej na język niemiecki książki „Pojednanie z złem. Historia chłopca z łódzkiego getta”, wywiadu rzeki z dr Leonem Weintraubem, bestsellerowej biografii Franciszka Pieczki: „Ty pieronie!” i reporterskiej książki „Oddam matkę w dobre ręce. Cała prawda o domach opieki”. Miłośniczka podróży, pływania w ciepłym morzu i własnego ogrodu. Odpoczywa w małej wsi, ukrytej na Podlasiu.
Magda Jaros Filolożka z instynktem reporterskim. Pasję rozmów z wybitnymi postaciami ze świata kultury, sportu, polityki realizowała na łamach miesięcznika „Twój Styl”. Autorka przetłumaczonej na język niemiecki książki „Pojednanie z złem. Historia chłopca z łódzkiego getta”, wywiadu rzeki z dr Leonem Weintraubem, bestsellerowej biografii Franciszka Pieczki: „Ty pieronie!” i reporterskiej książki „Oddam matkę w dobre ręce. Cała prawda o domach opieki”. Miłośniczka podróży, pływania w ciepłym morzu i własnego ogrodu. Odpoczywa w małej wsi, ukrytej na Podlasiu. Archiwum prywatne

To dlaczego postanowiła Pani napisać o nim książkę? Biografia Romana Wilhelmiego już istnieje. Czy czegoś w niej Pani brakowało? Nawiasem mówiąc, bardzo podobają mi się Pani osobiste refleksje zawarte w książce.

To, co Pani powiedziała, to dla mnie duży komplement. Od rodziny, a konkretnie od żony najmłodszego brata Romana Wilhelmiego, usłyszałam, że potrzebna była książka z kobiecym spojrzeniem. Chciałam pokazać go bardziej jako złożonego człowieka. Nie wiem, czy mi się to w 100 procentach udało – być może przy szerszych źródłach, ten portret byłby jeszcze bardziej wielowymiarowy. Wilhelmi nie żyje od ponad 30 lat, nie ma też na świecie wielu osób, które go dobrze znały. Na dodatek, on był raczej odludkiem, niespecjalnie się zaprzyjaźniał. Mam jednak nadzieję, że udało mi się zbliżyć do jakiejś prawdy o nim. Oczywiście znam książkę o Wilhelmim Marcina Rychcika. To naprawdę porządna biografia; autor skupił się na tym, na czym Romanowi Wilhelmiemu zależało najbardziej, czyli na teatrze, i rzeczywiście zrekonstruował jego dzieje w Teatrze Ateneum. Wilhelmi był aktorem wielkiego formatu, którego – jako wielbicielka kina i teatru – również oglądałam; bawił mnie i wzruszał, i zapadał w pamięć. Ale rodził też wiele pytań z tych, w rodzaju „dlaczego”. Na przykład Wilhelmi z jednej strony szukał miłości, a kiedy ją znajdował, uciekał od niej, psuł związki. Interesowało mnie, dlaczego tak się działo? Być może odpowiedzi należy szukać w jego silnej relacji z matką. Znajomi podkreślają, że miał klasyczny kompleks Edypa – wielbił mamę, na szczęście dla niego, na odległość. Pani Stefania Wilhelmi do śmierci mieszkała w Poznaniu.

Drugie „dlaczego” – wynikało z pracy w Ateneum; znam jego role, ale kiedy spojrzymy na pierwszych 10 lat pracy w w tym teatrze, okazuje się, że nie zagrał zbyt wielu znaczących ról. Zaczął od genialnego debiutu w „Tramwaju zwanym pożądaniem” Tennessee’ego Williamsa w reżyserii Aleksandra Bardiniego, a potem przez lata dostawał mało znaczące role. W „Krzyżakach” widzimy go w scenie, w której podaje dwa nagie miecze Jagielle - i to wszystko. Dlaczego taki wielki aktor nie grał większych ról?

Jeśli wspomniała Pani o źródłach, to jakie były dla Pani najważniejsze źródła informacji do tej książki?

Najważniejsze były spotkania z ludźmi, którzy znali bohatera. Dużo dowiedziałam się od Macieja Domańskiego, reżysera i bliskiego przyjaciela Wilhelmiego. Zaprosił mnie do domu, przynosił kolejne herbaty, a mnie otwierały się oczy, ponieważ wiele rzeczy nie pasowało do obrazu Wilhelmiego, jaki sobie stworzyłam.

Bardzo ważne były również spotkania w Poznaniu, zwłaszcza z bratową, panią Zdzisławą Wilhelmi, oraz z Janem Tycnerem, który był przyjacielem i impresario Romana Wilhelmiego. U Janka w domu na ścianie wisi piękne zdjęcie z dedykacją: „Dla mojego jedynego bezinteresownego przyjaciela”. Spotykałam się także z kobietami, które towarzyszyły Romanowi Wilhelmiemu na różnych etapach życia.

Aktorki!

Tak, z Grażyną Barszczewska, która krótko pracowała w Teatrze Ateneum, ale potem występowała z aktorem w „Dwoje na huśtawce” w całej Polsce. Z Barbarą Wrzesińską, która sama mówi o sobie, że była dobrą ciocią Basią, ratowała go z opresji.

Mówił o niej „Starenia”?

Tak, ale słowem „starenia” zwracał się też do wielu innych osób. To powiedzenie wziął ponoć od Zbigniewa Cybulskiego. Rozmawiałam też z Emilią Krakowską, która była jego dobrym duchem.

W książce występuje też Iga Cembrzyńska.

Owszem. Ale dla mnie ważne też było podążanie śladami Romana Wilhelmiego – wizyta w Poznaniu, zobaczenie domu, w którym mieszkał jako dziecko. Odwiedziłam Teatr Ateneum, gdzie mogłam zobaczyć kulisy, garderobę i scenę, na której tworzył najwspanialsze role dramatyczne. Chciałam również zobaczyć miejsca zamieszkania w Warszawie – stanęłam więc pod jego domem i zastanawiałam się, jaki to był okres w jego życiu. Czy był wtedy szczęśliwy, czy może nie? Z jednej strony docierałam więc do ludzi, bo to oni są nośnikami pamięci, a z drugiej strony istotne były dla mnie miejsca, które pozwoliły mi lepiej zrozumieć Romana Wilhelmiego jako człowieka.

W książce zawarła Pani opowieść o synu Romana Wilhelmiego. Czy udało się Pani nawiązać z nim jakikolwiek kontakt?

Nie. Syn jako dziecko wyemigrował razem z matką do Wiednia i tam mieszka. Wysłałam mu maile na adres na uniwersytecie w Wiedniu, gdzie pracuje. Maile nie wracały, więc zakładam, że je czytał. Wysłałam też zdjęcie grobu ojca, które zrobiłam w Zaduszki – wybrałam się wtedy na cmentarz w Wilanowie, gdzie Roman Wilhelmi jest pochowany. Mieszkam bardzo blisko, więc czasami tam wpadam do pana Romana prywatnie, nie jako autorka książki. Na początku pracy nad książką wydawało mi się – pewnie Pani też zna to uczucie– że pewnych głosów w książce nie powinno zabraknąć więc próbowałam dotrzeć do wszystkich, którzy go znali. Nie zawsze, jak w przypadku byłej żony i syna się to udało. Ale są obecni w książce jako cytaty z różnych źródeł. Wracając do syna Romana Wilhelmiego – Rafała – uszanowałam fakt, że się nie odezwał. Pomyślałam, że być może zamknął jakiś etap w życiu i tak powinno to pozostać.

Przejmujące są sceny w książce, które pokazują, że Roman Wilhelmi nie był dobrym ojcem, partnerem ani mężem. To jest prawda o nim?

Pewnie jest to bardziej skomplikowane. Maciej Domański powiedział mi, że wielcy aktorzy często są złymi rodzicami. To nie tylko jego opinia; podobnie mówiła Nina Andrycz: aktorki powinny rodzić role, a nie dzieci. Mężczyźni co prawda nie rodzą, ale twórczy egoizm często zamyka drogę do rodzicielstwa. To mogłaby być obrona dla Wilhelmiego – był wielkim artystą, a im rzadko udaje się być dobrymi rodzicami. Relacje można czasem naprawić później. Gdy dzieci dorosną, a rodzice osiągną artystyczne szczyty, istnieje szansa, że spotykają się na innej płaszczyźnie. Jeśli potrafią relacje na nowo ułożyć w dorosłym życiu, wspaniale. Tutaj zabrakło czasu. Wilhelmi zmarł, a jego syn mieszkał w Austrii.

Dużo w książce jest rzeczy nieoczywistych, których nie można ocenić jednoznacznie, bo z jednej strony Wilhelmi, jeśli chodzi o jego romanse, był samcem – kobiety lgnęły do niego, podobał się im, miał mnóstwo „narzeczonych”. Ale z drugiej strony, nie był kimś, kto po prostu zdobywał wszystko, co napotkał. Przemówiła do mnie ta scena w windzie na Węgrzech, z piękną piłkarką ręczną, która wyraźnie go podrywała, ale on powiedział przyjacielowi, że nic z tego, bo ona jest za piękna.

Zastanawiałam się, jakim był mężczyzną. Uroda czy wygląd to kwestia gustu – ktoś się komuś podoba, albo nie. Wilhelmi na pewno miał w sobie magnetyzm, który przyciągał kobiety i sprawiał, że nie mogły mu się oprzeć. Ale usłyszałam też, że rozpaczliwie szukał miłości i nie mógł obyć się bez kobiet. Znana jest teoria, że gdy doświadczyło się warunkowej miłość w dzieciństwie albo gdy miłości brakowało, próbuje się ją znaleźć i zrekompensować w dorosłym życiu. Myślę, że w jego przypadku tak mogło być, bo z matką łączyły go bliskie, ale pogmatwane relacje.

Jego „męskość” też była skomplikowana. Na zewnątrz podrywał kobiety, był macho: opalony, z czerwonym szalem, z koszulą rozpiętą o jeden guzik za dużo; zapewne sypiący anegdotami. W domu bywał chimeryczny, rozdrażniony, płaczliwy. Ujawniały się cechy bardzo wrażliwego człowieka, którym oczywiście był. Partnerki Wilhelmiego żyły więc w swoistej schizofrenii: kogo mają w domu i w łóżku? Czy wiązały się z macho, supermanem, czy z chłopcem, którego trzeba pogłaskać po głowie i się nim zaopiekować. Do tego dochodziły problemy z alkoholem.

Jego geniusz aktorski był oczywisty, ale również ciągle pragnął się uczyć. Na przykład, jeśli chciał śpiewać, to po prostu uczył się śpiewać.

Tak, chodziło o śpiewanie z Igą Cembrzyńską i spektakl muzyczny „Podróż Sentymentalna”, w którym z nią występował. Gdy nie miał ról w teatrze, postanowił studiować reżyserię i rzeczywiście się za to zabrał. Do ról przygotowywał się niezwykle staranne i rzadko kiedy czuł pełne zadowolenie z tego, co osiągnął. Na pewno był bardzo pracowity i tak, zgadzam się z tym, że ciągle się uczył.

Jakie mity o Wilhelmi udało się Pani rozwiać? Jednym z ważnych aspektów było przeanalizowanie dokumentów w IPN. Spodobało mi się, co Pani zacytowała – że nie został Tajnym Współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa, ponieważ wykluczały go z tego jego cechy psychofizyczne – tak napisał jeden z oficerów SB.

To rzeczywiście jedna z legend, z którą się rozprawiłam. Choć znalazł się na liście Wildsteina, to na szczęście nie był TW. Udało mi też się rozwiać mit złotego chłopca, który czerpał w życia pełnymi garściami, pewnego siebie super macho. Z rozmów i analizy wyłonił się obraz człowieka nieśmiałego. To było ogromne zaskoczenie, gdy usłyszałam, że Wilhelmi był najbardziej nieśmiałym człowiekiem, jakiego znał Maciej Domański. Uwielbiał anegdoty na swój temat, na przykład tę, że przeczytał w życiu tylko jedną książkę i to nie do końca, bo była to lektura szkolna. To była jego maska, gombrowiczowska „gęba” – udawał głupka, ale w rzeczywistości wiedział, jak jest naprawdę, więc śmiał się z siebie i z innych.

Wydaje mi się też, że był dość melancholijny, bywał smutny, niepewny siebie, rozedrgany, miał obawy o role i przyszłość zawodową. Bardzo chciał grać, więc czasami przyjmował propozycje poniżej jego możliwości. Robił to też dla pieniędzy, bo tych wiecznie mu brakowało. Obraz „króla życia”, z którym jest utożsamiany, najbardziej widoczny w Karierze Nikodema Dyzmy, nie jest prawdą o Romanie Wilhelmim.

Właśnie nie mogłam się doczekać, kiedy dojdę do rozdziałów, w których przedstawia Pani historię kariery Nikodema Dyzmy i Anioła z „Alternatywy 4”. To dwie najbardziej popularne role, które poniekąd ukształtowały jego wizerunek. Co nowego odkryła Pani w tych rolach?

Nie wiedziałam na przykład, że roli Dyzmy się bał. Mówił w wywiadach, że to jednowymiarowa postać, że trudno mu będzie rozdzielić aktorskie środki i akcenty na sześć zamkniętych filmów, bo każdy odcinek to niemal osobny film. Nie chciał też wejść w kolejny serial, bo po „Czterech pancernych i psie” miał do nich awersję. Nic dziwnego, że obawiał się, że ponownie zostanie zaszufladkowany. Miał również obawy, czy dorówna Adolfowi Dymszy, który wcześniej grał Dyzmę. Dopiero fortel Macieja Domańskiego, który powiedział, że Jerzy Stuhr zgodził się wystąpić, przekonał Wilhelmiego. Ostatecznie jako aktor o wielkim talencie, poradził sobie doskonale. Każdy gest, każda scena, każdy ruch były starannie przemyślane.

Na początku lat 80., grał w trudnych filmach, jak „Ćma”, „Wojna światów” czy „Mniejsze niebo”, więc „Alternatywy 4” to była miła odmiana. Jego słynne mlaskanie i mruganie, choć wydają się spontaniczne, były starannie przygotowane, bo, jak już mówiłam, on do ról przygotowywał się bardzo starannie.

Jakie znaczenie dla jego kariery miała fascynacja Marlonem Brando? I wracając do początku naszej rozmowy, do sztuki „Tramwaj zwany pożądaniem” – czy to wtedy zaczęła się jego marzycielska wizja zdobycia Oscara?

Porównanie z Brando wzięło się stąd, że obaj debiutowali w „Tramwaju zwanym pożądaniem”. Są osoby, które uważają, że byli bardzo do siebie podobni, ale moim zdaniem to średnio trafne porównanie. To była kolejna anegdota i legenda, którą Wilhelmi na swój temat stworzył i pielęgnował. Podobno, gdy schodził ze sceny po przedstawieniu i ktoś mu mówił, że zagrał jak Marlon Brando, był bardzo zadowolony. Myślę, że robił to z taką gombrowiczowską, prześmiewczą maską.

Brando był dla Wilhelmiego synonimem aktora, który jest doceniany, podziwiany, gra najlepiej, jak potrafi i jest za to nagradzany. Miał przekonanie, że skoro tyle oddaje pracy, powinien być odpowiednio nagrodzony. Podobno całkiem serio wyjmował w swoim mieszkaniu różne statuetki, które dostawał na festiwalach, i zastanawiał się, która z nich jest najbardziej podobna do Oscara.

Imponujące było to, jak radził sobie z chorobą. Zaklinał raka. To, że zmarł tak młodo, jest dla mnie szokujące. Myślałam, że był o wiele starszy.

Tak samo poczułam, gdy zaczęłam przygodę z Wilhelmim. Poszłam na cmentarz i zobaczyłam, że żył tylko 55 lat. Był zaledwie dwa lata starszy ode mnie. Potem zaczęłam przeglądać jego późniejsze zdjęcia i widać, że był naprawdę zmęczony życiem i chorobą. Liliana Głąbczyńska-Komorowska, jego partnerka w „Karierze Nikodema Dyzmy” oraz w „Czarownicach z Salem” w Teatrze Telewizji, powiedziała, że tylko taki wulkan energii mógł tak długo radzić sobie z chorobą. Mimo niej pracował, grał, robił fantastyczne rzeczy i planował przyszłość. Umawiał się z Barbarą Wrzesińską na kolejne projekty, myślał o nowych rolach, nawet gdy był już bardzo chory.

Miał dwa główne marzenia: jedno to zdobyć Oscara, a drugie – kopnąć gołębia w tyłek. Nie zrealizował ich, ale po to się ma przyjaciół – oni zrealizowali przynajmniej to drugie.

Rzeczywiście, Maciej Domański się zaklina, że kiedyś z innym przyjacielem, Henrykiem Talarem, poszli na grób Romana na cmentarzu w Wilanowie. I oni rzeczywiście kopnęli gołębia, realizując jedno z marzeń Romana.

Uświadomiłam sobie, że te dwa skrajne marzenia doskonale oddają jego osobowość. U Romana Wilhelmiego nie było miejsca na półśrodki – chciał zdobywać najwyższe laury, a jednocześnie cieszyć się drobnymi, niemal absurdalnymi rzeczami. To połączenie pragnienia wielkości i potrzeby zabawy pokazuje, jak bardzo był niekonwencjonalnym człowiekiem. Nie interesowały go prozaiczne cele, jak kupienie mercedesa czy zbudowanie domu na Sadybie. Był niepraktycznym człowiekiem. Jego marzenia były równie wyjątkowe i niesztampowe jak on sam.

Magda Jaros, „Anioł i twardziel. Biografia Romana Wilhelmiego”, Dom Wydawniczy Rebis, 2024 r.
Magda Jaros, „Anioł i twardziel. Biografia Romana Wilhelmiego”, Dom Wydawniczy Rebis, 2024 r. MAT.PRAS.
emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Jerzy Stuhr nie żyje. Aktor zmarł w wieku 77 lat

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

c
człowiek
Ja też mam marzenie. Kopnąć Domańskiego i Talara tak by razem z ryżym szwabem swoim "guru" wynieśli się z Polski do ich Niemiec,którym służą. WOOOOON CHAMY!
Wróć na i.pl Portal i.pl