Marta Guzowska: Pisanie to ciężka praca, a nie seria trików

Anita Czupryn
Marta Guzowska: Myślę, że moje bohaterki odpowiadają trochę na to, kim ja jestem, a trochę też na to, kim chciałabym być
Marta Guzowska: Myślę, że moje bohaterki odpowiadają trochę na to, kim ja jestem, a trochę też na to, kim chciałabym być Rafał Masłow/mat.pras.
Pisanie kryminałów jest jak trening – trzeba trenować regularnie. Początki są trudne, ale po dwóch tygodniach krew, pot i łzy zamieniają się w dobrą pracę - mówi Marta Guzowska, archeolożka i autorka bestsellerowych powieści kryminalnych.

Za dużo kryminałów się pisze, za dużo wydaje i za dużo ludzi się nimi zaczytuje” – stwierdza detektywka Franka Kruk, bohaterka Twojej najnowszej książki „Zabójcza nadzieja”. Podzielasz jej zdanie?

Nie ukrywam, że to była prowokacja. Fajnie jest napisać takie zdania, z którymi nie do końca się zgadzasz, ale ziarno prawdy tkwi pod spodem. Faktycznie uważam, że nasz rynek wydawniczy cierpi na przesyt. Zwłaszcza biorąc pod uwagę poziom czytelnictwa – nie jest tak, że Polacy przesadnie rzucają się na książki. W sumie, może najbardziej rzucają się na kryminały. Być może jednak mam w sobie, głęboko, takie przekonanie i właśnie znalazło ono ujście.

Bardzo polubiłam Frankę i myślę, że czytelnicy też ją polubią. Można się z nią zidentyfikować – zmaga się z samotnym rodzicielstwem, z finansowymi problemami. Jak cechy bohaterki wpływają na rozwój fabuły?

Pisanie powieści zawsze zaczynam od bohaterów. Może dlatego, że jestem kobietą i osobą bardzo relacyjną, najbardziej interesują mnie relacje pomiędzy ludźmi. Strefa kryminalna jest dla mnie dodatkiem do tego, albo odbiciem tego, co dzieje się pomiędzy ludźmi. Zatem zawsze zaczynam od bohaterów, i rzeczywiście, najpierw była Franka, a potem była akcja. Franka pojawiła się w mojej głowie trochę w wyniku pandemii, jako osoba, która tę pandemię w pewnym sensie przegrała. Straciła męża, pieniądze, źródło dochodu – straciła swoje życie. Ale bynajmniej nie jest tą, która by się poddała. Nie jest też taką, która myśli: „Wstanę, otrzepię się i idę dalej”. Myślę, że jest w tym bardzo prawdziwa. Z jednej strony żałuje tego, co było, z drugiej strony chciałaby ruszyć do przodu, z trzeciej nie widzi możliwości, a z czwartej czepia się każdej szansy. Myślę, że wszyscy tacy trochę jesteśmy. Jak to wpływa na akcję? Franka jest osobą, która się pcha w kłopoty, ponieważ jest niecierpliwa. Gdyby trochę poczekała, to pewnie coś by z tego wyniknęło, ale ona lubi się ładować w kłopoty. I chwała jej za to, bo cierpliwy i spokojny bohater to nie jest dobry bohater. Trzeba się strasznie namęczyć, żeby mu jakąś akcję wymyślić, a Franka sama sobie narobi kłopotów. Poza tym, że jest ona w gruncie rzeczy osobą otwartą, to jednak wiele rzeczy ją przerasta. Jest otwarta na nową miłość, na swoją córkę - nastolatkę, ale otwarta przez pierwsze pięć minut. Potem dochodzi do starć, jak to z nastolatkami bywa, i Franka mówi: „Dosyć tego, kurczę, wynocha wszyscy, zwariuję zaraz!” Na marginesie powiem ci, że bardzo mnie bawi to, że dostaję w związku z Franką dwa rodzaje recenzji…

Ciekawe! Jakiego rodzaju to recenzje?

Zorientowałam się, że zależą one od sytuacji życiowej recenzentki, bo to głównie są kobiety. Jeżeli recenzentka jest młoda, bezdzietna, bez rodziny i doświadczeń związanych z wychowywaniem dzieci, to pisze: „Oj, ta Franka mnie irytuje, jak ona może tak postępować ze swoją córką”. Natomiast jeśli recenzentka ma dzieci, a jeszcze nie daj Bóg - nastolatki, przeszła przez to, czy też przechodzi, to pisze: „Ojej, ta Franka, jak ja ją rozumiem, jaka ona jest prawdziwa, jakie to wszystko jest prawdziwe”. Bawi mnie to, ale chyba rzeczywiście tak jest. Kto przez to nie przejdzie, ten tego nie zrozumie. A osoba z takimi doświadczeniami myśli: „Ojej, przecież u mnie też tak jest. Idę do mojej córki do pokoju, mówię: „córeczko”, ale jak ona coś powie, to od razu mnie szlag trafia”.

Jak postrzegasz rolę kobiet w tej literaturze? Czy twoje bohaterki mają łamać stereotypy, czy po prostu odzwierciedlają naszą rzeczywistość, którą dobrze znamy?

Wiesz, że u pisarza bardzo pracuje podświadomość i nie wszystko, co pisze, jest do końca zaplanowane. To są nasze pragnienia czy lęki, i potem, jak sobie siedzimy i o tym rozmawiamy, to można mówić: „może to było tak”, ale na 100 procent tego nie wiem. Myślę, że moje bohaterki odpowiadają trochę na to, kim ja jestem, a trochę też na to, kim chciałabym być. I to dotyczy nie tylko bohaterek, ale i bohaterów. Mój stary bohater, Mario Ybl, też trochę taki był. Mówił wszystko to, co ja bym chciała powiedzieć, ale się wstydziłam, bałam, albo uważałam, że jest to społecznie nieodpowiednie. A Mario walił prosto z mostu. Podobnie jest z Franką – ona robi pewne rzeczy, które ja być może chciałabym zrobić; jest taka, jaką chciałabym być. Wcale nie jest idealna, bo zresztą, kto chciałby być idealny? Ale w jakiś sposób spełnia moje potrzeby. Mam potrzebę na bohaterki silne, niezależne, ale prawdziwe. Mogą rozwalać system, ale wiedzą, że trzeba za to ponosić koszty; wiedzą, z czym się to wiąże.

Czy kiedykolwiek marzyłaś o tym, żeby być prywatnym detektywem? Wyobrażałaś sobie takie życie? Jak mogłoby ono wyglądać?

Nie, nigdy o tym nie marzyłam, ale uważam ten zawód za fascynujący. Znam jedną prywatną detektywkę i to, co opowiada, jest absolutnie fenomenalne. Ale myślę, że to jak z każdym innym zawodem – wygląda interesująco tylko w powieściach. Wyobrażam sobie, a zresztą tak wynika z moich rozmów z tą panią, że ten zawód przypomina profesję archeologa: wyniki są fajne, ale praca jest nudna. To siedzenie w samochodzie i obserwowanie niewiernych małżonków, bo jednak prawdą jest to, i Franka też o tym mówi, że 90 procent pracy detektywa to są zdrady małżeńskie. Myślę, że to jest koszmarnie nudne. Natomiast ciekawe jest to, co z tego wynika. Poza tym, jak już wspomniałam na początku, uwielbiam obserwować ludzi, patrzeć na to, jak się zachowują, patrzeć na ich relacje. Myślę, że ten aspekt bardzo by mi się podobał. Co prawda, oni głównie by zdradzali, ale jednak obserwowanie, jak to się odbywa, jakie są relacje, jakie są układy, to by mnie uszczęśliwiło.

Skoro już wspomniałaś o relacjach, chciałam zapytać o relację Franki z Marleną, czyli byłą kochanką jej męża. Dość nietypowa relacja. Skąd pomysł na stworzenie takich właśnie złożonych związków między tymi dwiema kobietami?

Muszę ci szczerze powiedzieć, że Marlena jest moim oczkiem w głowie. To moja ukochana postać, ponieważ jej nie rozumiem. Impulsem do stworzenia takiej relacji nie była dokładnie dynamika między byłą kochanką a byłą żoną, która z definicji jest trudną relacją. To było bardziej wyrachowane – chciałam stworzyć punkt do konfliktu. Moim wewnętrznym pragnieniem było jednak pokazanie relacji pomiędzy osobami z dwóch różnych pokoleń, które się kompletnie nie rozumieją. Dużo się teraz mówi o tym, że millenialsi i zetki nie rozumieją się z boomerami. Mają inną etykę pracy, inny sposób podejścia do życia – wszystko inne. Chciałam pokazać to zetknięcie. Franka jest mi pokoleniowo bliższa. Marlenę traktuje trochę jak kosmitę. To jest też moje doświadczenie w kontaktach z młodszymi pokoleniami – oni są fantastyczni, ale nie są tacy jak ja. To chciałam pokazać. Jak również to, że one mogą być ze sobą blisko, że to jest trudna przyjaźń. Właściwie trudno nawet powiedzieć, czy to jest przyjaźń, ale bliskość narasta i będzie się rozwijać w trzecim tomie. Jest to możliwe i fajne, ale okropnie trudne dla obu stron. One się nawzajem wkurzają i nie rozumieją. Widzimy to z punktu widzenia Franki, ale Marlena też nie jest zadowolona z tej relacji.

Miejscem akcji powieści jest Brwinów, dla Franki, która do niego wraca, to złowrogie miasteczko, gdzie wszyscy się znają. Dlaczego umieściłaś akcję powieści właśnie tam?

Brwinów jest moim miasteczkiem. Pochodzę z Brwinowa, do którego moja rodzina przeprowadziła się po wojnie, po Powstaniu Warszawskim, kiedy nasz dom w Warszawie został zniszczony. Okazało się, że jedynym, co nam zostało, był dom w Brwinowie zbudowany przez moją prababcię. Choć pierwotnie był na wynajem, po wojnie okazał się jak znalazł. Bardzo to miasteczko lubię, ale też czuję do niego pewną nieufność. Generalnie czuję nieufność do małych miasteczek. Znam masę osób, które przeprowadziły się do Brwinowa z Warszawy albo do innych miasteczek satelitarnych wokół Warszawy. Mówią: „Ach, jak fantastycznie, cudownie – małe uliczki, świeże powietrze, jest zupełnie inaczej niż w Warszawie, nie ma ruchu, wspaniale”. Duże miasta mają swoje tajemnice, ale małe miasteczka potrafią być duszne. W małych miasteczkach teraz jest trochę inaczej, ale chyba w pierwszym tomie pada taki tekst, który jest moim prawdziwym wspomnieniem: kiedy Franka była mała i chodziła ze swoim ojcem po ulicach, każdy mówił jej ojcu „Dzień dobry”. Pamiętam, że kiedy ja chodziłam z moim dziadkiem – bo mój ojciec nie był z Brwinowa – a więc, kiedy chodziłam z moim dziadkiem po ulicach, każdy mówił mu „Dzień dobry”. Takie to były czasy, że wszyscy wiedzieli, kim on jest, a on wiedział, kim są ci ludzie. Z jednej strony to brzmi fantastycznie, ale z drugiej strony – przyznaj sama – jest to trochę przerażające. Pomyślałam, że jeśli dodam trochę tajemnicy i złowrogości, to otrzymamy idealną mieszankę duszności i tajemnicy. Nie sądzę, żeby Brwinów był bardzo złowrogi. Ale mógłby być. Poza tym, jest tam opuszczony dom, dokładnie ten, który opisałam w książce. A obok budują nowe osiedle. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Jeszcze się okaże, że masz profetyczne zdolności! Stephen King, którego książki uwielbiam tak samo jak twoje, czasem zamieszcza listę książek, które czytał przy okazji napisania któregoś ze swoich horrorów. Też masz taką listę?

To jest dla mnie okropnie trudne pytanie, bo już nie pamiętam dokładnie, co czytałam w momencie pisania „Zabójczej Nadziei”. Teraz pracuję już nad kolejnym projektem, ale mogę powiedzieć jedno: Stephen King ma na mnie ogromny wpływ, szczególnie jego małe miasteczka. Bardzo lubię w jego twórczości to, jak przedstawia życie w takich miejscach. Czytam jego książki w kółko, wracam do starych i czytam nowe. To, co najbardziej lubię u Kinga, to wcale nie ten pierwiastek niesamowitości, chociaż jest bardzo dobry. Najbardziej kocham to, jak przedstawia bohatera w małym miasteczku, gdzie wszyscy ludzie są tacy lub owacy. Nie wiem, czy czytałaś „Stukostrachy” – to jedna z moich ulubionych książek. Społeczność jest tam obłędnie opisana, złowroga i przerażająca. Ta książka świetnie pokazuje, że coś, co może zniszczyć społeczność, nie musi pochodzić z kosmosu – to może być polityka czy cokolwiek innego. Kiedy jestem w Brwinowie, a jestem tam często, bo wciąż mieszka tam moja rodzina, mam wrażenie, jakby nakładały mi się dwa plany – jedno to moje wspomnienia z dzieciństwa, a drugie to współczesne zmiany w miasteczku. Widzę coś, czuję coś pod spodem, czuję to, co było. To ciekawe doświadczenie. Nie mieszkam w Brwinowie, to dlatego mogę o nim pisać. Gdybym tam mieszkała, może nie czułabym go tak dobrze, nie obserwowała tak uważnie. Trzeba się trochę odsunąć, żeby zobaczyć więcej.

Zabójcza Nadzieja” to druga część po pierwszym tomie „Zła miłość”. Pisanie kontynuacji jest trudniejsze?

Nie było trudniejsze. Planując tę serię, założyłam, że będzie się składała z trzech tomów: Wiara, Nadzieja, Miłość, ale w odwrotnej kolejności – Miłość, Nadzieja, Wiara. To nie jest tak, że wiem dokładnie, co się wydarzy w ostatnim tomie, ale wiem, do czego chcę dojść, jak ta sytuacja ma się zamknąć. Mniej więcej wiem, jak historia przebiega. Ale muszę ci powiedzieć, że kiedy uda mi się stworzyć jakąś bohaterkę, a Franka uważam za moją bardzo udaną bohaterkę, i Marlenę – która jest moim oczkiem w głowie – to bardzo lubię do nich wracać. Myślę, że wielu pisarzy tak ma i wielu się do tego przyznaje. Pamiętajmy, że każdy pisarz jest trochę „rąbnięty” – gada do siebie, słyszy głosy w głowie. Naprawdę lubię spędzać czas z moimi bohaterkami. Pisanie jest trudnym procesem, czasem człowiek się zatka, czasem nie wie, co dalej, czasem nie podoba mu się to, co napisał, bo nie widzi rozwiązania. Ale lubię być z moimi bohaterkami – one mnie ciągle zaskakują. Na przykład te wszystkie wybryki Marleny - co znowu zrobi Marlena? Ja tego nie wiem z góry, ona po prostu to robi. To jest fantastyczne. Już w pierwszym tomie bardzo polubiłam te dwie postacie i fajnie było do nich wrócić. Cieszę się na powrót jeszcze raz.

Już padło w naszej rozmowie słowo „archeologia”. Jak to się stało, że przeszłaś od badania przeszłości do pisania o współczesnych zagadkach kryminalnych? Jak twoje doświadczenia z archeologii wpływają na pisanie i czy są jakieś wspólne cechy między pracą archeologa a konstruowaniem zagadek kryminalnych?

Myślę, że tych analogii jest więcej, niż możesz sobie wyobrazić. Zacznijmy od tego, że archeologia to rozwiązywanie zagadek z przeszłości, a cały problem polega na czasie. W archeologii rozwiązujemy zagadki sprzed tysięcy lat, natomiast w kryminale fajnie by było, żeby te zagadki były w miarę świeże, chociaż oczywiście są i takie przypadki, gdzie wracamy do zagadek sprzed wielu lat i gromadzimy dowody na nowo. To jest bardzo archeologiczna praca. Analogii jest mnóstwo, ponieważ dowody, z którymi mamy do czynienia, są często ograniczone i zniszczone – to jest czysta archeologia. Prowadząc badania archeologiczne, czułam się fantastycznie, natomiast pisząc raporty archeologiczne, gdzie trzeba się trzymać faktów i nie można popuścić wodzy fantazji, czułam się ograniczona. Myślałam sobie: „Mam tu takie wspaniałe rzeczy, spalone kości – może coś się tu wydarzyło”, ale nie mogłam tego napisać, bo raporty muszą być naukowo rzetelne. Brakowało mi opowiadania historii, narracji, która nie musi być prawdziwa. W pewnym sensie pisanie kryminałów mi to umożliwiło – mogę napisać, co chcę. Może się to komuś nie spodobać, ale nikt nie zarzuci mi, że to nieprawdziwe, bo z definicji takie jest. Mówię moim dzieciom: „Nie kłamcie, bo wiem, jak się kłamie; żyję z tego.

Kiedy już sobie uświadomiłaś, że obrałaś słuszną drogę pisarki, to były momenty zwątpienia?

Myślę, że tych momentów zwątpienia jest więcej niż przekonania, że obrałam słuszną drogę. Wykonywanie zawodu artystycznego w Polsce jest okropnie trudne. Nie jesteśmy narodem, który wspiera artystów. To jest nawet nie przebijanie się przez mur, to brnięcie w bagnie i gubienie nieustannie butów w tym bagnie. Czasami nie masz na nowe buty. Mam jednak ogromne szczęście, że ciągle mi się to udaje. Nigdy nie stanęłam w sytuacji, żeby moje dzieci nie miały co jeść i musiałabym iść do biura czy korporacji, żeby dostawać pensję co miesiąc. Choć nigdy nie wiadomo, kiedy będą następne pieniądze, nie wiem, jak będzie w przyszłości, ale mam ogromną satysfakcję – to jest nagroda. Mimo wyrzutów sumienia – jak każdy, kto próbuje połączyć rodzinę z pracą – ta nagroda jest ogromna. Pisanie i wydawanie książek, opowiadanie historii, które ktoś chce przeczytać, jest czymś absolutnie wyjątkowym. Bardzo się cieszę, że ciągle jestem w stanie to robić.

Jak wygląda u ciebie zbieranie materiałów do książki? Kontaktujesz się z ekspertami, robisz dokumentację, jeździsz, żeby zapewnić autentyczność przedstawianych wydarzeń i śledczych procedur?

Oczywiście, że to robię. Nie zapominaj, że najpierw byłam naukowczynią, a dopiero potem zostałam pisarką, więc mam bardzo rozbudowany proces researchu. Czasami kanibalizuje on moją pracę, co jest bardzo śmieszne, bo kocham research, kocham sprawdzanie faktów. Zawsze mi się wydaje, że to jest najfajniejsza część pracy, więc wpadam w ten research zbyt głęboko. Już warto by było skończyć zbieranie informacji i coś napisać, ale nie wiem, kiedy przestać. Mam z tym problemy, ale w końcu muszę przestać, głównie dlatego, że wydawca tupie nogą i mówi: „Dosyć tego, siadaj do roboty, bo deadline się zbliża”. Dam ci przykład: moja książka „Chciwość” ma może 20 zdań na temat grypy hiszpanki. By napisać te 20 zdań, przeczytałam po angielsku trzy książki na ten temat. Nie dlatego, że potrzebowałam tylu informacji, ale dlatego, że temat był tak fascynujący, że nie mogłam przestać. Tak niestety ze mną jest – kocham research. Teraz siedzę nad projektem non-fiction, piszę osobisty przewodnik po Krecie. A właściwie go nie piszę, bo głównie robię research i zaczynam się denerwować. Powoli zbliża się termin, kiedy naprawdę trzeba usiąść i pisać, a ja ciągle kupuję nowe książki, które czytam i się tym napawam.

Czy masz określone rytuały, które pomagają ci utrzymać kreatywność? Jak wygląda typowy dzień pisarki?

Jesteś kobietą, więc wiesz, jak to wygląda. Mam dwoje dzieci, teraz już są większe, więc wszystko jest dużo łatwiejsze. Mój dzień pisarki wygląda tak: dzieci do szkoły, mąż do pracy, ja do pisania. Zazwyczaj nie lubię pracować rano, lepiej pisze mi się popołudniami. Ale popołudniami w domu dzieje się za dużo, a żeby pisać, kreować rzeczywistość, muszę mieć absolutną ciszę. Nawet obecność kogoś zamkniętego w pokoju obok mi przeszkadza. Nie mam żadnych rytuałów, mam po prostu żelazne godziny narzucane przez życie. Dzięki Bogu za zorganizowaną edukację! Wszyscy narzekamy na szkołę, ale ona ma ten plus, że dostaję kilka godzin dziennie, kiedy mogę usiąść i pracować. Wygląda to tak, że po śniadaniu i kawie siadam do pracy. Bardzo często w piżamie, co dziwi naszego listonosza, gdy otwieram mu drzwi o godzinie 11, ciągle w piżamie. Trudno. Siedzę przy biurku już od 7 rano, ale on nie musi o tym wiedzieć. Koło godziny 12-13 moja piękna sunia mówi: „Dosyć tej roboty, idziemy na spacer”. Ten pies ma wbudowany zegar atomowy, jeśli chodzi o spacer i jedzenie, i nie ma przebacz. Muszę wszystko rzucić i idziemy na godzinę do lasu. To jest cudowny reset dla mojego mózgu. Posiadanie psa jest wspaniałe, bo czasami naprawdę nie chce mi się wyjść, ale piesek przebiera nogami i za chwilę będzie katastrofa, więc muszę wyjść, bez względu na pogodę, codziennie. To jest wspaniałe.

Masz swoje narzędzia, metody, sposoby na podkręcenie własnej kreatywności? By napływały do ciebie wspaniałe pomysły na rozwinięcie i zwroty akcji, nowe wątki?

To tak nie działa. Chciałabym odbrązowić pracę pisarza. Wracając do naszego ulubionego Stephena Kinga, mam do niego ogromny szacunek za to, że mówi, że nie ma czegoś takiego jak muza. Owszem, zdarza się moment natchnienia, ale bardzo rzadko i nie można na tym bazować. Dla mnie pisanie jest jak trening, jak bieganie, fitness czy cokolwiek innego. Początki są bardzo trudne. Kiedy siadam do nowej powieści, myślę: „Olaboga, siedzę, męczę się, zajrzałabym na Facebooka”, więc wyłączam internet, żeby nie zaglądać, ale wtedy zaglądam do Facebooka z telefonu. Mam zasadę, że jeśli już piszę, a nie redaguję i nie zbieram materiałów, to piszę codziennie, łącznie z weekendami, mimo że to jest trudniejsze. Chodzi o to, że jak w treningu, trzeba ćwiczyć regularnie. Mniej więcej po dwóch tygodniach ta krew, pot i łzy zaczynają się zamieniać w dobrą pracę. Po prostu muszę przetrwać ten początek. Czasami trwa to tydzień, a czasami miesiąc, ale trzeba przez to przejść. Potem mózg działa jak mięsień – jeśli go przyzwyczaisz do stałej pracy, to po prostu siadasz i leci. Nie musisz wymyślać, brać narkotyków, pić kawy, zjadać trzech niebieskich m&m'sów. Po prostu musisz przez to przebrnąć. To niestety jest ciężka praca a nie seria trików. Chcę to powiedzieć bardzo wyraźnie, ponieważ ludziom, także tym, którzy chcą pisać, wydaje się, że to jest jakaś magia. Nie, kurczę, to jest ciężka robota. Andrzej Sapkowski, kolejny pisarz, którego uwielbiam, napisał, że goniec musi mieć złotą głowę i żelazny tyłek – złotą głowę, żeby zapamiętywać wiadomości, i żelazny tyłek, żeby wytrzymać na koniu w siodle. Podobnie jest z pisarzem - musi mieć żelazny tyłek, żeby wysiedzieć przy biurku, a złotą głowę, żeby to się jednak kręciło. Uważam za genialną analogię.

Zdradzisz, co czeka Frankę w trzeciej części?

Nie wiem, czy powinnam to powiedzieć, bo istnieje spora szansa, że tę rozmowę zobaczy moja wydawczyni. Ale prawda jest taka, że naprawdę nie mam pojęcia, co dokładnie nadejdzie w trzeciej części. To może trochę przestraszyć moją wydawczynię, którą serdecznie pozdrawiam. Wiem na pewno, że będzie kontynuowana relacja Franki z Marleną, bo moim zdaniem to napędza tę powieść. Będzie też rozwijana tajemnica miasteczka – to mogę zdradzić. Sposób, w jaki kończy się „Zabójcza Nadzieja”, sugeruje, że więcej osób jest w coś umoczonych niż przypuszczaliśmy do tej pory, i na pewno to będzie kontynuowane. Wiele osób w tym miasteczku, także bliskich France, jest w coś zamieszane, a Franka musi odkryć, w co dokładnie. Oczywiście muszę jeszcze wywiązać się z zobowiązania dotyczącego tytułu, czyli z „Wiary”. Nie wiem, czy będzie chodziło o religię. Wiadomo, że w małych miasteczkach religia odgrywa bardzo dużą rolę, ale może to będzie wiara w coś innego. Tego też jeszcze nie wiem. Dzisiaj jeszcze nie znam wszystkich szczegółów. Na tym polega frajda pisania – gdybym wiedziała wszystko od razu, to po co pisać, prawda?

Marta Guzowska, „Zabójcza nadzieja”. Cykl: Trzy cnoty (Tom 2), Wydawnictwo Wielka Litera, 2024 r.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Ślubowanie olimpijczyków - wywiad Przemysław Zamojski

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na i.pl Portal i.pl