Rafał Woś: Monopartia POPiS nadal funkcjonuje w najlepsze. Ale to symetrystów jest w Polsce najwięcej

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Rafał Woś: Pomysł Partii Razem, dot. skrócenia czasu pracy, mógłby zostać poparty przez związki, mógłby zostać poparty nawet przez PiS - ale nie zostanie. Bo to „nie nasze”
Rafał Woś: Pomysł Partii Razem, dot. skrócenia czasu pracy, mógłby zostać poparty przez związki, mógłby zostać poparty nawet przez PiS - ale nie zostanie. Bo to „nie nasze” Fot. Tomasz Hołod
Twarde obozy PiS i PO to dziś już mniejszość. Ludzie wolą oddech od gnicia w okopach - mówi publicysta Rafał Woś.

Symetryści naprawdę są, twoim zdaniem, jak nowa Solidarność?
Tak, ta z 1980 roku. Albo jak opozycja z tych kilku lat poprzedzających powstanie „S”. Im nie chodziło wtedy o władzę, dzielenie przyszłych stanowisk i tak dalej. W środowiskach opozycyjnych spotykali się wtedy ludzie, którzy mieli serdecznie dość ówczesnych realiów politycznych. Nie chcieli robić kariery w PZPR, podpinać się pod frakcję Rakowskiego, moczarowców czy jakąś tam inną frakcję twardogłowych. To nie była ich gra. Chcieli świeżego powietrza. Chcieli znaleźć miejsce, w którym będą mogli mówić własnym głosem. I mniej więcej tak zrodziła się opozycja. Nie była ona wyłącznie ruchem moralnego oporu - jak to się dzisiaj najchętniej przedstawia. Chodziło również o opór intelektualny. O wolność myślenia. O szerszą perspektywę. Dokładnie tego samego chcą dziś symetryści.

Rafał Woś, publicysta „Polityki”, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa i Grand Press Economy, autor książek o polskiej transformacji i stosunkach
Rafał Woś, publicysta „Polityki”, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa i Grand Press Economy, autor książek o polskiej transformacji i stosunkach pracy

Skoro znaleźliśmy się na chwilę gdzieś u progu ostatniej dekady PRL, to w tym samym momencie, w którym ty widzisz w symetrystach odpowiednik Solidarności, Agata Czarnacka - też w końcu symetrystka - namawia Polaków do masowego wstępowania do Platformy, by zmieniać ją od środka - coś jak struktury poziome.
I świetnie. Nie mam z tym problemu. Co najwyżej mógłbym zaapelować o masowe wstępowanie do PiS w tym samym celu przejęcia od środka tego ugrupowania. Bo mimo wszystkich zastrzeżeń do technokratyzmu Morawieckiego albo oderwanych od rzeczywistości obsesji Macierewicza to tam najprędzej można byłoby realizować niektóre ideały lewicy. A na pewno prędzej niż w dzisiejszej Platformie czy Nowoczesnej. Opozycja bywała lewicująca w latach 2013-2015. Ale od tamtej pory zrobiła parę wielkich kroków w tył. Niestety.

To na razie musisz wytłumaczyć, dlaczego prędzej w PiS niż w Platformie dałoby się realizować lewicowy program.
To wynika z mojej definicji lewicy. Właśnie piszę na ten temat książkę. Ukaże się w 2019 roku. Odpowiem w niej na pytanie, co to jest lewica. Nie znoszę, jak ktoś mówi, że „lewica i prawica: to już nic dziś nie znaczy”. To bzdura. Lewica to przede wszystkim postulat zmiany niesprawiedliwego społecznego ładu. Ktoś, kto broni status quo - a przecież chyba wszyscy się zgadzamy, że transformacyjne status quo mieliśmy jednak bardzo liberalne ekonomicznie - no to ten ktoś w naturalny sposób jest konserwatystą. A bycie konserwatystą naprawdę nie idzie w parze z byciem progresywnym lewicowcem. Dlatego jeśli już miałbym namawiać do wstępowania do którejś z tych dwóch partii, by przejmować je od wewnątrz, to jednak wybrałbym PiS.

Ale nie namawiasz?
Nie namawiam. Ale i nie zniechęcam. Ale wydaje mi się, że symetryzm jest lepszym pomysłem. Sam staram się go realizować w publicystycznej praktyce.

To pewnie musi być bardzo wygodne, wierzyć, że w polityce są ci dobrzy i ci źli. Dlatego ktoś, kto mówi, że to nie do końca tak, może być wkurzający

Wróćmy na moment do symetryzmu jako „S” czy opozycji lat 70. Sytuujesz więc symetryzm jako opozycję względem, hmm, monopartii? Celowo używam tu ulubionego pojęcia Jarosława Kaczyńskiego z lat 90. Dla niego wtedy „monopartią” był obóz postsolidarnościowy pod wodzą Geremka i Michnika. A co jest nią dla ciebie?
To proste. Monopartia POPiS. Ona nadal funkcjonuje w najlepsze, mimo tego całego pozornie bardzo ostrego sporu o kolejność dziobania. W gruncie rzeczy obie partie mają jednak dość podobny pomysł na Polskę.

Przed chwilą dokonywałeś zasadniczego rozróżnienia między konserwatywnymi liberałami i rewolucyjnymi PiS-owcami. Co ich w takim razie łączy?
Na pewno biografie, świadomość pochodzenia z tego samego miejsca, często z tych samych środowisk. Wierchuszki obu ugrupowań wciąż łączy to, że jej członkowie wywodzą się z PO-PiS i z ducha są PO-PiS-owcami. Zarazem jednak obie partie obstawiają inne części społecznej rzeczywistości. PO od pewnego momentu zaczęła obstawiać świat zadowolonych z siebie, zwycięzców transformacji. Weszła tym samym w buty UW czy KLD. Pewnie również części zadowolonego z siebie SLD. Natomiast PiS obstawiało rejony przegranych, słabych, wyśmiewanych, wyszydzanych. Owszem, mnie - przynajmniej pod względem klasowym - bliżej jest do tej drugiej optyki. Uważam, że w polskim tu i teraz wzmocnienia wymagają właśnie te klasy, za którymi ujmuje się, przynajmniej deklaratywnie, PiS. Ale jednocześnie odrzucam tę wspólną część pomysłu PiS i PO na Polskę.

Jaka jest ta wspólna Polska PiS i PO?
Jest zbudowana na bardzo silnym antykomunistycznym micie, który prędzej czy później się załamie. Ten mit jest kontrfaktyczny, na dłuższą metę będzie kompletnie nie do utrzymania. Fundamentem jest też to specyficzne rozumienie roli inteligencji jako politycznej awangardy społeczeństwa. W tym ujęciu realny spór polityczny rozgrywa się de facto pomiędzy różnymi frakcjami inteligencji, nie wychodząc poza jej obręb - a całej reszcie Polaków wystarczy raz na te 4 lata czymś tam zaświecić w oczy, na chwilę ich zahipnotyzować, a potem można już robić to, co się chce robić. W gruncie rzeczy i Platforma, i PiS siedzą też w środku liberalnego paradygmatu gospodarczego. Owszem, PiS próbowało na samym początku swych rządów z tego paradygmatu się wyłamać. 500 plus było na to dowodem. Dowodem mógł też być program mieszkaniowy, ale z niego PiS zaczęło się na całego wycofywać.
I to tak, że aż Mieszkanie Plus zamieniło się w zupełny śmiech na sali.
Właśnie. Czegoś tam próbowali, coś im się marzyło, ale jednak się cofnęli. Mianowanie premierem Morawieckiego jest tu zresztą znaczącym sygnałem. Morawiecki jest kimś, kto na pewno mniej boi się wyjrzeć poza paradygmat neoliberalny niż na przykład Jan Krzysztof Bielecki czy Jacek Rostowski. Jest trochę młodszy i bez wątpienia jest bardziej otwarty na te nowe prądy, ale z drugiej strony, ma też swoje wyraźne ograniczenia. Gdyby ich wszystkich ustawić na linii startu i kazać im biec w kierunku rozwiązań progresywnych, to rzeczywiście można by przyznać, że i późna Platforma, i Morawiecki też usiłują trochę w tym kierunku się przemieszczać. Ale oni dobiegają do pewnego momentu i stwierdzają, że dalej to już się nie da. Tak jakby zatrzymywały ich jakieś niewidzialne sznurki biograficzne, towarzyskie i wynikające z własnych uwikłań biznesowych czy życiowych. Dla Bieleckiego takim momentem przejścia czerwonych linii było cofnięcie reformy emerytalnej i kwestia OFE, dalej nie poszedł już nawet o krok. Morawiecki ma te czerwone linie ustawione trochę dalej, opowiedział się za 500 plus, na pewno też lepiej używa retoryki redystrybucyjnej, nierównościowej czy sprawiedliwościowej. Ale i on ma swój horyzont, który go trzyma - pewnie związany z jego doświadczeniem w bankowości, ze światem, w którym wyrastał na człowieka będącego częścią finansowego establishmentu. A tymczasem symetryści tych ograniczeń nie mają. I uważają, że mamy do czynienia najwyżej z jakimś nędznym początkiem zmian, które trzeba poprowadzić znacznie, znacznie dalej. Popatrz na przykład na tę inicjatywę skrócenia czasu pracy rzuconą przez Partię Razem.

Patrzę zatem.
Ja uważam, że to jest potrzebne, konieczne i słuszne.

Wiem, czytałem.
Wydaje mi się, że mógłbyś znaleźć zwolenników tego rozwiązania nawet... no dobra, w Platformie byś ich nie znalazł. Ale w PiS już prędzej - gdyby tylko im to trochę inaczej przepakować, przecież jakimś rodzajem takiej właśnie zmiany był słynny zakaz handlu w niedziele, tyle tylko że w świecie pojęciowym PiS postulat work-life balance trzeba było nazwać „wolnym czasem dla rodziny”. Pomysł skrócenia czasu pracy mógłby zostać poparty przez związki, mógłby zostać poparty nawet przez PiS - ale nie zostanie. Bo to „nie nasze”. Zresztą z punktu widzenia Morawieckiego czy jego otoczenia to już pewnie projekt zbyt „lewacki”, zbyt daleko leżący poza czerwonymi liniami tego środowiska. Tymczasem tacy symetryści jak ja uważają, że gdzieś tam, gdzie dziś są te czerwone linie, tam dopiero powinna się zaczynać poważniejsza dyskusja.

Ale i tak doceniasz dotarcie do tych czerwonych linii.
Wiesz, pewnie mają jakąś swoją rację ci wszyscy, którzy mówią, że ja nie jestem żadnym symetrystą, bo co do zasady jestem gotów na większą wyrozumiałość wobec PiS niż wobec Platformy. Może jest w tym jakaś prawda, bo to w PiS dziś widzę nieco większą gotowość do podważenia status quo, przynajmniej w kwestiach klasowych. Ale zdobądźmy się, na Boga, na odrobinę intelektualnej uczciwości. Oni faktycznie zdołali zrobić kilka rzeczy, na które PO się nigdy nie zdobyła. Oczywiście Platforma na to odpowie, że na pewno by się zdobyła, gdybyśmy tylko dali jej jeszcze te cztery lata. Ale to jest troszkę tak jak z tymi sytuacjami, w których ktoś do nas wydzwania i pisze SMS-y, a my nie odbieramy, bo w sumie nie chce nam się z tym kimś gadać. Aż w końcu odbierasz i zaczynasz od słów „no właśnie miałem do ciebie oddzwonić”. Mogą więc politycy Platformy nam mówić, że z całą pewnością wprowadziliby jakąś formę redystrybucji podobną do 500 plus albo że w końcu rozwiązaliby problem reprywatyzacji. Rzecz jednak w tym, że rządząc te osiem lat, nic takiego nie zrobili.

Hasło „symetrysta” funkcjonuje dziś przede wszystkim jako rodzaj obelgi, co zawdzięczamy twoim redakcyjnym kolegom Mariuszowi Janickiemu i Wiesławowi Władyce, którzy właśnie w takim znaczeniu wprowadzili do mainstreamu i Tomaszowi Lisowi z Przemysławem Szubartowiczem, którzy to po nich ochoczo powtarzają...
...Wiem, do czego zmierzasz, ale właśnie nie. Mam wrażenie, że nam jednak się to hasło udało trochę przejąć. Oczywiście ci, którzy od początku chcieli z niego zrobić pałkę na tych, którzy im się publicystycznie nie podobają, mogą sobie myśleć co innego. Ale nie zamierzam się tym szczególnie przejmować. Bo jest też wielu ludzi, którzy w tym odnaleźli nowy powiew, atmosferę, w której mogą odetchnąć pełną piersią. A chwilę wcześniej przecież myśleli, że to już jest niemożliwe, że nie pozostaje nic innego, niż zapisać się do jednej albo drugiej frakcji PZPR. Aż tu się nagle okazało, że jednak jest KOR, że jest Solidarność, że jest przestrzeń, w której możesz mówić: „ja mam inny pomysł na Polskę”. Jestem przekonany co do tego, że pod tym hasłem zbierają się bardzo różni ludzie. Rafał Matyja na przykład. On ma zapewne inne poglądy na gospodarkę czy ład społeczny niż ja. Natomiast na tym etapie łączy nas podobne widzenie politycznego duopolu i związanych z nim problemów. I nie jesteśmy sami, bo bardzo wiele jest dziś osób, które zaczęły się definiować jako symetryści - na przekór tym, którzy chcą ich przywołać do karnych szeregów. Bardzo dobrze pokazywał to sondaż „Polityki”, który przywołałem w tym tekście o symetrystach i Solidarności. Właśnie to jest dziś domyślna postawa większości ludzi w Polsce, wyjąwszy może elity publicystyczne.
Czy nie boli cię w takim razie problem czysto znaczeniowy, który jednak zdaje się czynić pojęcie symetryzmu pewną pułapką? W prawdziwie symetrycznym świecie nie ma wszak miejsca na nic poza dwiema stronami.
Ale tak rozumianych symetrystów to ja nie znam.

A widzisz. Za to Tomasz Lis i Przemysław Szubartowicz ich znają i tropią. Przyjmijmy, że dziś robię wywiad z Ryszardem Czarneckim, w którym stwierdza on, że politycy Platformy to idioci. A jutro robię wywiad z Marcinem Kierwińskim, w którym stwierdza on, że jeśli już, to idiotami są politycy PiS. Jest po równo, czyż nie? Jestem wtedy symetrystą?
Wtedy to jesteś dziennikarzem. Dziennikarze robią rozmowy i napuszczają na siebie polityków albo przedstawicieli innych grup interesu - to jest też część naszego zawodu.

Ale widzisz - jeżeli jednego dnia ktoś zaprasza polityka PiS, a drugiego dnia polityka PO, to też obrywa „za symetryzm”. Kiedy Lis z Szubartowiczem wsiadają za to na Konrada Piaseckiego czy na Agnieszkę Gozdyrę, to tak się to odbywa.
To, o czym mówisz, to jest zwykły warsztat dziennikarski. Nie ulega wątpliwości, że dziennikarz powinien rozmawiać z różnymi stronami. Jeśli tego nie robi albo żąda, by tego nie robić, to znaczy, że nie chce być dziennikarzem. To się kończy tak jak ten program braci Karnowskich w ich telewizji, w którym zawsze występuje ten ksiądz Zieliński i w którym toczy się fascynująca dyskusja między nim, Piotrem Semką i na przykład Piotrem Skwiecińskim czy Stanisławem Janeckim. No po prostu pełen pluralizm! Mogę też ci podać analogiczne przykłady z TVN, ostatnio widziałem jakiś fragment, w którym Marcin Meller, Ziemowit Szczerek, Krzysztof Materna i Małgorzata Domagalik spierali się, czy PiS jest tylko złe, czy może raczej straszliwe. Ale to nie są dziennikarskie formaty. Nawet jak się pyta samych uczestników tych programów, czy to jest OK, to zawsze odpowiedzą, że nie jest OK. To dlaczego to robicie? A bo tamci robią jeszcze gorzej! Obłęd. Gorzej nawet. Nuda!

Dziś mamy do czynienia z monopartią PO-PiS. Trwa pozornie bardzo ostry spór o kolejność dziobania. Ale obie partie mają podobny pomysł na Polskę

W tej bardziej liberalnej części odbiorców budzisz teraz naprawdę ostre, skrajne emocje. Świetnie to widać na Twitterze. Nie bardzo potrafię sobie wytłumaczyć, dlaczego to jest aż taka wściekłość.
Mogę to sobie wytłumaczyć dość banalnie - niespecjalnie lubi się przekazy, które wyrywają nas z jakiegoś błogostanu. To pewnie wygodne - myśleć sobie, że są ci dobrzy i ci źli, że toczy się walka dobra ze złem, wprawdzie może teraz troszkę przegrywamy, ale przecież jak się tak zbierzemy, jak tak rzeczywiście wszyscy razem wystąpimy, to w końcu pokonamy to zło - i będzie znowu tak miło, jak kiedyś było. Więc kiedy ktoś ci wtedy mówi, że jego zdaniem, to wcale ci źli nie są aż tak źli, a ci dobrzy aż tak dobrzy, to robisz się wkurzony. Są oczywiście tacy publicyści, którzy traktują politykę jako czystą grę o władzę. I samych siebie w tej grze widzą jako co najmniej generałów propagandy walczących obozów. Przed I wojną światową w pierwszej kolejności zamykano do więzień lewicowych pacyfistów. Ludzi, którzy zwracali się zarówno do robotników angielskich, jak i niemieckich i pytali ich, po co mają uczestniczyć w bratobójczej w gruncie rzeczy walce o interesy kogoś zupełnie innego. Z waszego punktu widzenia nic się nie zmieni - mówili pacyfiści robotnikom - poniesiecie ogromną daninę krwi, wasz świat ulegnie zniszczeniu, a tak naprawdę chodzi o interesy elit, o których nawet nie jesteście informowani.

I wojna światowa to idealny przykład, bo z perspektywy czasu przecież doskonale wiemy, że to akurat pacyfiści mieli wtedy rację.
W każdym razie nie dziwi mnie, że na celownik liberalnych publicystów trafiają właśnie ci, którzy z ich perspektywy demobilizują tych „naszych żołnierzy”, „nasze mięso armatnie”. Tylko że, na Boga, my nie jesteśmy w stanie wojny. Jesteśmy członkami tej samej wspólnoty politycznej, wcale nie aż tak bardzo się różnimy, wcale nie aż tak wiele nas dzieli. Nie, to nie jest wojna.

Przemysław Szubartowicz ci na to odpowie: „Gdy władza złamała konstytucję, nie obowiązują już dawne reguły. Jesteśmy na wojnie”.
Odpowie, bo stał się propagandowym generałem, znalazł w tym swoje miejsce, swoją rację istnienia. Dziwi mnie to o tyle, że w mediach publicznych pojawił się w czasach, w których rozdawał tam karty SLD. Piotr Szumlewicz, którego bardzo szanuję, miał tyle odwagi, żeby opisać realia, według których to się odbywało, w książce „Wielkie pranie mózgów. Rzecz o polskich mediach” sprzed paru lat. Ona doskonale pokazuje, że jaja w telewizji publicznej naprawdę nie zaczęły się w 2015 roku. Oczywiście żadną miarą nie usprawiedliwia to sposobu, w jaki media publiczne traktują dziś koledzy i koleżanki prawicowcy i prawicówki. To, co robią, jest straszne. Oni uczynili z TVP swoje prywatne poletko, na którym realizują własne interesy. Nie dość, że się zachowują niegodziwie i nieetycznie, to jeszcze niszczą samą ideę telewizji publicznej. I kiedy po nich przyjdzie ktoś, kto powie, że telewizja publiczna już nie jest nam potrzebna, to właśnie im będziemy to zawdzięczać. Co ciekawe, nawet jak rozmawiam o tym z kimś z prawicy, to on czy ona dobrze wie, o co chodzi. Ale dodaje, że takie jest życie.
Dlaczego? Znasz odpowiedź?
„A co ja mogę?”. To jest właśnie najczęstsza odpowiedź, którą słyszę od ludzi z kręgu dobrej zmiany. „Co ja mogę?”. Otóż zawsze możesz nie bać się sporu ze swoim najbliższym otoczeniem. Z twoją - jak to się mówi - ekipą. Wiem, że wiele razem przeszliście, ale, u licha, jesteśmy publicystami, a nie żołnierzami.

Odwiedzasz TVP?
Nie. Na początku byłem parę razy. Powiedziałem, co myślę. I już nie dzwonią. Chociaż nie. Ostatnio zadzwonił do mnie Jan Pospieszalski. Przywitał się, jak to on, bardzo wylewnie. Tylko że tytułował mnie „panem ministrem”. Wyjaśniłem mu, że to nie ten Woś - i że nie jesteśmy w żaden sposób spokrewnieni.

Przy okazji - to w PiS też cię za bardzo nie kochają.
Najczęściej nie dostrzegają. Ale bywało też inaczej. Kiedy wyszła moja pierwsza książka, to ukazał się taki tekst Horubały, w którym dowodził on, że ja i Grzesiek Sroczyński jesteśmy pożytecznymi idiotami Michnika, elementem tajnego planu liberałów, w którym naszą rolą byłoby zamarkowanie, że oni się chcą zmienić, że dostrzegli pewne rzeczy, że chcą iść do przodu. Aha, kolejnym dowodem na to miała być Nike dla Modzelewskiego. Teraz bywa na odwrót, bo kiedy piszę na przykład o pracy, słyszę zarzuty, że to przecież nie jest polityka, to jest zwykłe odwracanie uwagi od polityki. Tak właśnie, niestety, jest, że w świecie proPiS i w świecie antyPiS polityka najczęściej postrzegana jest jako czysta gra o władzę. Kiedyś jeden z tuzów polskiej publicystyki zaskoczył mnie tym, że nie wiedział, kto to Janis Warufakis i na czym polegał jego spór z szefem MSZ Niemiec Wolfgangiem Schaeuble. Zapytaj tego samego publicystę o to, kto dowodził dowolnym batalionem w dowolnej z naszych ostatnich insurekcji. Zaręczam, że nie będzie miał problemu z odpowiedzią. Czasem myślę, że oni po prostu żyją w innym świecie. To mnie trochę martwi.

A poza tymi światami jest w ogóle polityka?
Musimy więc jeszcze na moment wrócić do symetryzmu i Solidarności. Na początku było środowisko, które zbierało ludzi o bardzo różnych temperamentach, bardzo różnych biografiach i bardzo różnych pomysłach na Polskę. Ja nie mam wątpliwości, że dziś między tymi, którzy nazywają się symetrystami, znajdą się i tacy, którzy są zwolennikami głębokiej reformy stosunków społecznych, jak i tacy, którzy pewnie opowiedzieliby się jako konserwatyści czy elitaryści. Ale na tym etapie łączy nas wszystkich opór przed zapędzeniem nas w kamasze, a następnie do okopów. Póki tylko można, staramy się nie dać tam zapędzić. I oddychamy świeżym powietrzem. Z symetrystą mogę się spierać, ale zawsze mam poczucie, że naprawdę rozmawiamy o polityce, o rzeczywistych materialnych problemach stojących przed naszą wspólnotą polityczną, o sednie spraw. W obozie antyPiS czy proPiS to jest zupełnie niemożliwe. Ludzie mają tam tyle przedzałożeń i ograniczeń, że nie są nawet w stanie dojść do tego momentu.

Kto jeszcze w Polsce ucieka z okopów? Mówiłeś już o Rafale Matyi - sam też mi to zresztą mówił. Ale oprócz niego? Jak wygląda twoja mapa polskiego symetryzmu?
Odwrócę pytanie i zapytam, kto nie jest symetrystą. Myślę, że coraz bardziej w ten sposób powinniśmy je stawiać. W sondażu „Polityki” największa grupa badanych, czyli 44 procent, opowiedziała się jednak za tezą, że PiS zmieniło Polskę zarówno na gorsze, jak i na lepsze. A dokładnie to przecież mówią symetryści. Upierają się przy tym, by mieć prawo do własnej oceny. Do wyciągania bilansu. Jak się rozejrzeć po mediach, też widać, że duopol pęka. Poza kilkoma okopami św. Trójcy - od „Gazety Polskiej” po „Newsweek”, które operują na podobnym poziomie histerii - dzieje się sporo. Jest „Dziennik Gazeta Prawna”, jest „Rzeczpospolita”. Warzecha w „Do Rzeczy” w zasadzie nie zajmuje się niczym innym jak tylko ostrym krytykowaniem PiS. Jest Sroczyński, któremu bardzo dobrze posłużyło przejście z „Gazety Wyborczej” do Gazety.pl - on teraz rzeczywiście robi coś, czego jego zdaniem brakuje w przestrzeni publicznej, coś, co mocno wykracza poza obsługiwanie pewnego określonego rodzaju czytelnika, głaskanie jego neuroz, lęków i obaw. On jest w stanie konfrontować czytelnika także z czymś, co już nie jest dla nich takie bezpieczne i oczywiste, sięgając po choćby takiego autora jak Skwieciński czy aranżując spory między Hartmanem a Galopującym Majorem. W okolicach TOK FM też się sporo takich postaci zgromadziło. Jest też środowisko „Kultury Liberalnej” - które jakiś czas temu wydawało się przecież takim zupełnie wyśnionym dzieckiem starszego pokolenia liberałów - ale wycięło tym liberałom numer i wybiło się na całkowitą niezależność. Witold Głowacki oczywiście!

A politycy? Może ruchy miejskie?
O tak, bardzo często spotykają się tam ludzie z bardzo różnych opcji. Jest też - do pewnego stopnia - Partia Razem, która ostatnio pod wpływem ogromnej presji z zewnątrz i z wewnątrz jednak coraz mocniej włącza się w ten główny polityczny spór. Jest wreszcie, oczywiście również do pewnego stopnia, SLD. I są nawet jednostki gdzieś w tylnych ławach PiS, Platformy czy Nowoczesnej. Ale przede wszystkim są coraz liczniejsi ludzie w całej Polsce. W dodatku liczniejsi już niż twarde obozy PiS czy Platformy.

POLECAMY:

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze 9

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Mordziaty
wpłynęła by tylko jedna i aż jedna rzecz. Natychmiast i wszędzie wyłączyć możliwość komentowania i oceniania tekstów przez "spontanicznych" internautów-a tak naprawdę przez partyjne web brygady.
Ale do tego nigdy nie dojdzie bo wszystkie redakcje,które tak chętnie wycierają sobie gęby wolnością słowa i demokracją,żyją z tej partyjnej nawalanki. Im więcej nienawiści tym więcej kasy. Tym więcej klikania.
A
Aha
Wystarczyło napisać symetrysta czyli komuch.Po co się produkować ?
r
rgv
i zaczyna wymyślać jakieś nowe pojęcia - "symetryzm" - który niby wywodzi się już z lat 80-tych. To nic że pojęcie zostało wymyślone wczoraj, ale ma już długą historię. To przypomina tą "nową, świecką tradycję" z Misia. Szanse na przejęcie władzy legalnie czy nielegalnie maleją, więc mieszanie w niewinnych tępych mózgownicach ludu czas zacząć. Powodzenia !
I
I bn
Belkot. Platny belkot.
M
Moni
Polskojęzyczne media uwijają się jak w ukropie, byle tylko podsunąć Polakom pod nos, to co od dawna niezmiennie cuchnie. Bez względu na opakowania. No i dlatego ta zabawa kończy się na śmietniku historii. Tam jej miejsce.
c
ccc
Prześladowani w Irlandii Chrześcijanie donoszą, że globaliści plują przez okno na pracodawców
j
jodek potasu
Najważniejsze , że czerwoni z Razem mają wyniki bliskie zeru ! W Polsce nie miejsca na lewactwo !
G
Gość
I takie tam dalej dyrdymały jakie można przeczytać w wywiadzie. TO JAK TO MOŻLIWE BY W 5 MINUT PO PRZEJĘCIU WŁADZY POLSKA ZOSTAŁA SPRYWATYZOWANA DLA BANDYTÓW, ROBOTNICY WYWALENI NA BRUK , ZAKŁADY I FIRMY PAŃSTWOWE ZNISZCZONE A WŁADZĘ PRZEJĘLI PRZEMYTNICY, MAFIE SPIRYTUSOWE, PALIWOWE, WĘGLOWE, PRYWATYZATORZY I CAŁA RESZTA GANGÓW. WYPRACOWANY W TRUDZIE NIEMAL ZA DARMO MAJĄTEK PRZEZ SUWERENA CO PRZEŻYŁ OKROPIEŃSTWA WOJNY I NAWRÓCENIA OGNIEM I KARABINEM NIEWYKLĘTYCH, WYPAROWAŁ DO KIESZENI NAJBOGATSZYCH ZNAMIENITYCH POLAKÓW ?!!!!!!!
L
Lolo
Ciągle powtarzam to wszystkim dookoła: czasy POPiS-u minęły, to bezwartościowe partie i zgrani politykierzy, którzy się już obłowili i niech znikają i więcej się nie pokazują. Może ludzie zrozumieją wreszcie, że nie tylko oni są na scenie :) Im szybciej tym lepiej dla nas wszystkich.
Wróć na i.pl Portal i.pl